Harpagan - po co to komu?

No właśnie, co właściwie ciągnie ludzi na Harpagany i inne tego rodzaju imprezy? Sławy z tego nie ma, nawet jeżeli sie pobije rekord Polski to i tak pies z kulawą nogą o tym nie wspomni a 99,9 % populacji nie ma pojęcia o co chodzi (a gdyby mieli, to pewnie by z politowaniem wzruszyli ramionami). Pieniędzy też się na tym żadnych nie zrobi bo poziom zainteresowania jest tak niski, że nawet wioskowy sklep z mięsem niczego nie zasponsoruje, nie mówiąc już o większych firmach.

Tak sobie rozmyślałem siedząc ostatnio w domu i kurując kontuzjowaną po półmaratonie nogę (bo w końcu do Harpa tylko 9 dni!) i przyszło mi do głowy kilka powodów, dla których normalni z pozoru ludzie wybierają się ganiać przez 24 godziny po lesie.

  • Powód statusowo - hierarchiczny. Istnieją wśród ludzi działania “niejawne”, które jednak zajmują im wiele czasu i energii. Jednym z nich, jeżeli nie najważniejszym, jest konkurencja o pozycję w tzw. stadzie i próby poprawy swojego statusu w zestawieniu z innymi. Przyczyny tego są oczywiście czysto ewolucyjne i sprowadzają się do lepszego dostępu do zasobów (materialnych i nie) i partnerów jaki wiąże się z wyższym statusem. W naszym “cywilizowanym” społeczeństwie przyjęło się mierzyć miejsce w hierarchii takimi wskaźnikami jak wykształcenie, dochody, sława, pozycja społeczna. Wszystko to bardzo piękne, ale nie zapominajmy, że przed tysiącami lat najważniejsze były raczej  siła i odporność fizyczna, dobre zdrowie i kondycja, odwaga, inteligencja i upór. Osobnik, który wykazał się tymi cechami i jeszcze udowodnił, że potrafi bez szwanku wyjść z trudnych/niebezpiecznych sytuacji poprawiał w sposób znaczny swoje szanse na zwycięstwo w wyścigu ewolucyjnym. Sądzę, że nawet i w naszych czasach te lekcje nie poszły w niepamięć. Być może w sposób nieświadomy, ale w dalszym ciągu cenimy sobie osoby sprawne, silne, konsekwentne, potrafiące stawiać czoła wyzwaniom. A takim jest bez wątpienia np. rajd w rodzaju Harpagana. Być może więc ci, którzy stają na starcie tej i innych “ekstremalnych” imprez chcą po prostu (podświadomie) pokazać światu swoją siłę, sprawności i odporność?
  • Powód “narcystyczny”. Innymi słowy - a co to nie ja! Nie da się ukryć, Harpagan i inne podobne zabawy to nie jest bułka z masłem. Ukończenie takiego rajdu wymaga mocnej psychy, dobrej kondycji, odporności na ból, zmęczenie i brak snu, żelaznej konsekwencji i porządnej nawigacji. Nie mówiąc już o łamaniu konkretnych czasów, wykręcaniu rekordów itd. Co więcej - to nawet nie jest przyjemne! Każdy, kto miał okazję znaleźć się w środku lasu, nad ranem, w deszczu, przemarznięty, głodny, po 30 godzinach bez snu, z odparzonymi stopami i ze świadomością, że nie ma pojęcia gdzie jest a do końca rajdu jeszcze 20 kilosów i trzeba zaliczyć trzy punkty kontrolne po drodze, może potwierdzić, że nic miłego w tym doświadczeniu nie ma! A jednak z roku na rok na rajdy zgłasza się więcej i więcej ludzi, a niektórzy - o dziwo - robią to nawet po kilka razy z rzędu! Masochiści jacyś czy co? Żeby z własnej woli wystawiać się na podobne katusze i to bez nadziei na jakąkolwiek konkretną nagrodę? Powoli - jak wiadomo, jedną z najważniejszych potrzeb psychologicznych człowieka jest potrzeba posiadania dobrego mniemania o sobie czy też tzw. samorealizacji. Tę potrzebę zaspokaja się przez różnego rodzaju osiągnięcia i wyczyny a także używanie i rozwijanie do maksimum posiadanych zdolności i umiejętności. I tu cały klucz do zagadki rajdów (czy może jeden z kluczy). O ile większość ludzi realizuje te potrzeby przez osiągnięcia “zwykłe” - szkolne, zawodowe itd. (a część, niestety, w ogóle ich nie realizuje) o tyle niektórym potrzeba wyzwań nieco bardziej “ekstremalnych”, pojmowanych w myśl zasady - im gorzej, tym lepiej. Przecież wiadomo, że nikt na rajdy nie jeździ dla przyjemności, prawda;-)? Rzeczy łatwe i przyjemne są niewarte zachodu i nie stanowią żadnych tak naprawdę osiągnięć! W końcu to nie sztuka zabić kruka albo sowę trafić w głowę… Ale ukończyć 100-kilometrowy rajd na orientację ( a jeszcze w deszczu, mrozie i po ciemku, hmmm…) - to jest coś! Nawet jeżeli nie ma z tego kasy ani zaproszeń do tokszołów, to sama świadomość, że byłem w stanie stawić czoła wyzwaniu wystarcza, żeby poprawić mniemanie o sobie i podnieść poziom “samorealizacji” - a to jest być może ważniejsze niż wszystkie pieniądze i nagrody świata…
  • Powód “powrót do przeszłości”. Podobno natura ciągnie wilqa do lasu, prawda? Zdaje mi się, że ta odwieczna prawda ma zastosowanie też w przypadku Naczelnych, włącznie z ludźmi. Nawiązuję tu oczywiście do mojego ostatniego konika, czyli szeroko pojętej “paleo-logii” - opartej na założeniu, że współcześni ludzie dużo bardziej przypominają naszych jaskiniowych/paleolitycznych przodków niż sie to na pozór wydaje. Każdy gatunek wyewoluował w jakichś warunkach i do tychże jest najlepiej przyzwyczajony. Co za tym idzie w tych warunkach będzie szczęśliwy, a w innych - zdołowany. Vide dzikie zwierzęta trzymane w ZOO itd.. Jak pokazują badania archeologiczne i antropologiczne, gatunek ludzki w stanie pierwotnym (tzn. przed rewolucją rolniczą) egzystował (przez dziesiątki tysięcy lat) na poziomie plemion zbieracko - łowieckich. Takie plemię żyło w sposób nomadyczny, przemieszczając się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu jedzenia, wody itd. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że większość życia upływała tym ludziom w sposób niewiele różniący się od takiego np. rajdu Harpagana! Innymi słowy - całymi dniami zasuwali po lesie tropiąc zwierzynę lub rozglądając się za grzybami czy innym jadalnym zielskiem. A potem jeszcze musieli te łupy zanieść na własnym grzbiecie do obozowiska, nie zgubić sie po drodze (orientacja!), nie dać się ograbić konkurencyjnemu plemieniu ani lokalnym drapieżnikom itd. I tak przez setki pokoleń i tysiące lat. Jak wiadomo, w ewolucji wygrywa najlepiej przystosowany, co znaczy, że po jakimś czasie przy życiu pozostali (i wydali na świat potomstwo) tylko ci, którzy w takim tropieniu/zbieraniu/nawigowaniu byli najlepsi i najefektywniejsi. A my wszyscy, jak tu żyjemy, jesteśmy tych prehistorycznych napieraczy potomkami. Z tym, że nie mamy już gdzie ani po co napierać. Dla większości ludzi największy las to lokalny park miejski a po jedzenie wystarczy wyjść do osiedlowego sklepu (pamiętacie co napisałem o zwierzętach trzymanych w sztucznych warunkach?). Niby znakomita sytuacja, co? Nie trzeba się męczyć, narażać życia, wszystko mamy podane na tacy. A jednak wiele osób z własnej woli wybiera się na wariackie, bezcelowe wyrypy na 100 km, rajdy przygodowe, trekkingi w zapomnianych przez Boga i ludzi górach itp. Dziwni jacyś, nie? A właśnie, że niekoniecznie. Powiedziałbym nawet, że najzupełniej normalni! Po prostu, są ludzie, którzy nie czują się do końca dobrze w sztucznym, cywilizowanym swiecie, który sami sobie wybudowaliśmy i raz na jakiś czas odzywa się w nich “zew krwi” - jakiś nie do końca sprecyzowany głos, który sprawia, że na kilka dni opuszczają ciepłe mieszkania z bieżącą wodą i ogrzewaniem po to, żeby w deszczu, wietrze i egipskich ciemnościach ganiać z mapami po lesie. I być może wtedy mogą poczuć się przez chwilę jak ich pra-pra-pra(…)dziadkowie 30 tys. lat temu, czyli - jak prawdziwi ludzie. Nie będę tu wpuszczał się w rozważania czy istnieje coś takiego jak pamięć gatunkowa/genetyczna, ale myślę, że większość z nas, na jakimś pierwotnym, instynktownym poziomie czułaby się dobrze, mogąc na jakiś czas wyrwać się ze sztucznego świata, który otacza nas na co dzień i poczuć się jak pradawni napieracze, od których się wywodzimy;-).

No i tak by to wyglądało. Wymaga to wszystko dwóch niewielkich sprostowań/uściśleń. Po pierwsze, wymienione powyżej mechanizmy są w przeważającej większości (może oprócz drugiego) podświadome i pewnie większość ludzi nie zdaje sobie z ich działania sprawy, chyba że są na wysokim poziomie rozwoju duchowego i opanowali sztukę introspekcji… Ja na przykład nie byłbym w stanie dokładnie określić, co mnie tak naprawdę goni do udziału w Harpaganach itp. Po drugie zaś, żaden z tych powodów nie wyklucza w jakikolwiek sposób pozostałych i motywacja u większości zawodników jest jakąś mieszanką wszystkich trzech albo i jeszcze innych, które mi nawet nie przyszły do głowy.

W każdym razie, do najbliższego Harpagana pozostało już tylko 9 dni! Kto się wybiera?

2 Responses to “Harpagan - po co to komu?”

  1. Zasilę start, choć o kilka centymetrów i punktów siły nacisku prawie skręciłem kostkę na dzisiejszym wb3, uff…
    “Pierwotni napieracze” :) nigdy tak nie czytałem historii ludzkości, a tu i nauka, i rozrywka, kapitalna nazwa, w sumie myśli po pierwszej pętli bardzo nas zbliżają do tamtych pierwotnych ;)
    Często muszę tłumaczyć dlaczego taka zabawa, szczególnie w środowisku oblegaczy bibliotek. Najlepszy jest drugi powód, w sumie tak to jest, że robimy to dla siebie i nikt nas specjalnie z powodu przejścia nie traktuje, w pracy z biegu trzeba wracać do obowiązków, mało wyrozumiali są ludzie dla napieraczy. Najlepszy jest moment przejścia z traktowania Harpopodobnych jako przygody, do bardziej zaawansowanych celów i oczekiwań, ja w tym roku nie będę prowadził pociągu, nie biorę odpowiedzialności, także liczę, że czasu będzie na całość wystarczająco. Tylko niech forma na czas wystrzeli…

  2. [...] szukać na pomorskich pętlach sławy, atrakcyjność wyzwania nie kusi sponsorów - “nawet wioskowy sklep z mięsem niczego nie zasponsoruje, nie mówiąc już o większych firmach” i jest to prawda, bez Tischerowskich rankingów. Idziemy DLA siebie, a po pierwszej pętli [...]

Leave a Reply