3. Półmaraton Warszawski - a miało być tak pięknie…

…miało nie wiać w oczy nam.

Ale przede wszystkim miały mnie nie boleć piszczele!!

Wszystko w plecy - tyle planowania, treningów, precyzyjnie rozpisanych interwałów, BNP i innych cudów. Tyle nadziei, oczekiwań, wizualizacji, nerwów przed startem (myślałby kto, że lecę na rekord Wszechświata…;-)) poszło w piach po pierwszych czterech kilometrach półmaratonu.

Z początku wydawało się, że wszystko OK. Start bliżej końca stawki, dobrym, spokojnym tempem. Potem lekkie przyspieszenie, żeby dogonić zająca na 1:45. Na Marszałkowskiej długa, szeroka prosta - można zacząć przesmykiwać się do przodu, podczepiając się pod plecy kolejnych biegaczy przede mną. Nie jest źle, oddech w porządku, tętno też, no to śmigamy. Królewska - zaczyna się lekki ból prawej piszczeli, dobra, nic strasznego, na treningach też było i znikało. A tu nie znika. Wręcz przeciwnie, nasila się z każdym krokiem. Zaczynają się wątpliwości, co do k*rwy nędzy… No ale nic, może sie rozbiega. Nic z tego. Na wysokości Zachęty prawa noga odmawia posłuszeństwa, zaczyna się kuśtykanie, ból jest już całkiem poważny. Męska decyzja - nie ma co kozaczyć, trzeba odpuścić. Jeszcze tylko przybić piątkę z kumplem, który leciał kilkanaście metrów za mną. Plac Piłsudskiego - nieuchronny wycof. Peleton przelatuje mimo a ja, kulejąc i sycząc nieco przy każdym kroku wlokę się nad Wisłę, pokibicować tym, którzy dane mają szczęście biec dalej…

No i tak to z grubsza wyglądało. Najwyraźniej przesadziłem z obciążeniami treningowymi i (po raz kolejny) rozwaliłem sobie piszczele. Ewidentnie prześladuje mnie jedna z najpopularniejszych wśród biegaczy kontuzji, tzw. shin splints, która objawia się stanami zapalnymi, bólem i fizycznym uszkodzeniami mięśni i ścięgien w przedniej części piszczeli.

Co gorsza, o ile przedtem zawsze był to ból znośny, który ustępował po jakimś czasie, o tyle teraz (na dzień po biegu) noga cały czas jest niesprawna no i boli tylko nieco mniej niż wczoraj…

Ale nie ma tego złego - po pierwsze, będę wiedział czego NIE robić na przyszłych treningach. Po drugie - może wreszcie zmobilizuje mnie to do poważnego zajęcia się ta nieszczęsna kontuzją. Mam już za sobą prześwietlenie, w planach kilka innych badań i wizyta u sportowego lekarza. Liczę na jakieś konkretne porady, które pozwolą nie tylko zaleczyć to draństwo ale wyeliminować je raz na zawsze…

A przy okazji - wielkie podziękowania i BIG UP dla wszystkich, którzy przyczynili się, przyłożyli rękę, wzięli udział, organizowali, kibicowali, pomagali i mieli swój wkład w organizację półmaratonu. Impreza naprawdę klasa, świetna atmosfera, super nastrój na starcie na trasie no i doskonała pogoda;-). I szacunek dla wszystkich którzy wystartowali i przebiegli te 21 km.

Za rok widzimy się na następnym Półmaratonie w Warszawie. Tylko tym razem łamiemy 1:30:-D. A co!

2 Responses to “3. Półmaraton Warszawski - a miało być tak pięknie…”

  1. Obawiałem się, że podobny scenariusz życie może rozpisać dla mnie, stąd moja rezygnacja ze startu.

    Dobrze, że mimo wszystko jesteś dobrej myśli, choć porażka na pewno boli, wiem o tym doskonale. Powodzenia na kolejnych startach!

    Na co teraz się wybierasz? Będziesz na Harpie? No i jak z ZATem?

  2. Hmm… na Harpa się już zarejestrowałem, ale jeszcze nie przelałem kasy. Poczekam do ostatniej chwili, zobaczę jak będzie z nogą.
    Adv Trophy raczej w tym roku nie zaszczycę swoją obecnością bo już sie z kumplem zapisaliśmy na Bieg Rzeźnika, a to trochę za blisko jedno drugiego… No i mój poziom na rowerze jest trochę nieadekwatny;-).

    pzdr

Leave a Reply