Dziennik treningowy - 17 I 2008

rodzaj: bieganie/długi bieg

schemat: 45 minut bieg wolnym tempem - 2:30 marszem - 45 wolno

wrażenia: ojjj… Profilaktycznie skróciłem do półtorej godziny, bo wiem z doświadczenia, że po całej nocy balowania i trzech godzinach snu nie biega się najlepiej. Nic z tego - ostatnie 20 min po prostu umierałem a końcowe 5 przebiegłem (przedreptałem) wyłącznie na sile woli… Dawno nie byłem w takim stanie, żebym miał kłopoty z dojściem z parku do domu po treningu.

A najgorsze było potem, kiedy się już dowlokłem (uwaga, drastyczne szczegóły!). Po wtoczeniu sie na piętro uderzyłem do ubikacji ulżyć pęcherzowi i mało nie padłem, kiedy zobaczyłem kolor tego… płynu, który się ze mnie wylał. Na moje oko coś pomiędzy Coca-Colą a wodą z zardzewiałych rur. Nie poczułem się najfajniej, mówiąc oględnie. Czytałem wcześniej co nieco o rabdomiolizie i jakoś tak słabo mi się zrobiło… Na szczęście teraz (kilka godzin później), kiedy wlałem w siebie ze dwa litry płynów, sytuacja wróciła do normy ale chwila strachu była… Czyli dobry trening miałem;-)))

Leave a Reply