Dzienik treningowy - 2 XII 2007
rodzaj: bieganie/długie wybieganie/wytrzymałość tlenowa
gdzie: Parc du 50aire, Bruksela
schemat: 4 x (16 min łatwo + 2 min marszu), razem 72 minuty
wrażenia: hmmm, chyba jednak robię jakieś postępy, bo zupełnie lekko i łatwo mi się biegło i stawy też jakoś się nie odzywają. Średnie tętno 130, w biegu maks do 140.
/rant
Przy okazji dzisiejszego biegania zdarzyła mi się śmieszna historia. Mianowicie, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu zauważyłem, że niektóre wejścia do Parku były pozamykane. No cóż, wszedłem innym wejściem i jak zwykle uderzyłem na moją stałą pętelkę. Po jakimś czasie zaczepił mnie pan, wyglądający na pracownika parku, i łamaną angielszczyzną oznajmił, że mam opuścić park, bo jest zamknięty z powodu pogody. Trochę mnie to zdziwiło, bo faktycznie - dmuchało dziś nieco mocniej niż zwykle i do tego padało, ale żaden huragan to nie był i nie widzę powodu, żeby zabraniać ludziom wchodzenia do publicznego (!) parku. Pokiwałem więc głową, potraktowałem pana jak nieszkodliwego wariata i wróciłem na moją pętlę. Niestety, jakieś pół godziny później nadziałem się na dwóch kolejnych osobników w uniformach pracowników parku, którzy tym razem bardzo stanowczo dali mi (w dwóch językach!) do zrozumienia, że mam się wynieść. A że nie chciałem przerywać sobie treningu i wdawać się w kłótnię w języku, którym nie do końca władam, posłusznie pokiwałem głową i dokończyłem trening na chodniku po drugiej stronie parkowego ogrodzenia.
Cała ta sytuacja jest tak absurdalna, że nie wiem, czy sie śmiać czy płakać. Przepraszam bardzo, ale ja jestem dorosłym, zdrowym na umyśle człowiekiem, dysponującym pełnią praw obywatelskich! Z jakiej racji jakiś, za przeproszeniem, cieć zabrania mi wejścia do publicznego parku miejskiego, pytam się? Może boi się, że mi gałąź na głowę spadnie i , nie daj Boże, stanie mi się krzywda? A od kiedy to jest jego sprawa? O ile mi wiadomo, to pracownicy parku są od zamiatania ścieżek, koszenia trawy i wywożenia liści, a nie od pouczania ludzi i rozstawiania ich po kątach… A to, czy mam ochote podjąć ryzyko bycia trafionym przez spadająca gałąź to wyłącznie moja sprawa i mój wybór i nic nikomu do tego, a zwłaszcza parkowemu cieciowi.
No cóz, taka jest właśnie mentalność w wielu krajach Starej Unii - pracownik publiczny ma się troszczyć o obywatela i prowadzić go za rączkę, bo przecież obywatele to banda kretynów i tumanów i gdyby nie dzielny pracownik parku, to wszyscy wleźli by, gdzie nie trzeba i ani chybi zginęli marnie, przywaleni spadającymi gałęziami…
/end rant
Udanych treningów!
Filed under: dziennik treningowy
Wniosek? Nie biegać w parkach
bruksela…. i jej problemy z krzywkami bananow