Dlaczego tak mało biegam?

No właśnie – takie mniej więcej pytanie zadał mi ostatnio Kuerti w komentarzu do jednego z wpisów pod hasłem „dziennik treningowy”. Faktycznie, biorąc pod uwagę, że tyle piszę na blogu o rajdach przygodowych, maratonach, ultra maratonach itp., jak i fakt, że sam bawię się w starty w podobnych imprezach (GEZnO, Harpagan, Maraton Warszawski), mój trening biegowy wygląda dość skromnie. Ba, jest pewnie wielu joggerów, którzy nawet nie myślą o stukilometrowych rajdach i biegają tylko dla tzw. „zdrowia”, a wyrabiają tygodniowo więcej kilometrów niż ja. Pytanie dało mi troszkę do myślenia i zainspirowało do napisania tegoż posta.

Zapraszam na krótki wykaz przyczyn, dla których autor niniejszego bloga nie biega (i nie zamierza biegać) częściej niż trzy razy w tygodniu. Przyczyny będą różne – od doraźno-fizycznych do długoterminowo – filozoficznych. I tak, po kolei:

    • Bieganie źle robi moim piszczelom. W poprzednim sezonie zimowo-wiosennym usiłowałem podciągnąć nieco formę biegową i uskuteczniałem w tym celu program treningowy zakładający trzy biegi w tygodniu plus trening uzupełniający. Plan wydawał się ciekawy i dobrze przemyślany, treningi były w porządku – jedne intensywne, inne spokojniejsze, wydawało się że był też przyrost formy. Niestety, po pewnym czasie zaczęły się dziwne odczucia w okolicach piszczeli, które po jakimś czasie przekształciły się w bolesne nabrzmienia. Żadne próby załagodzenia problemu w postaci zimnych okładów itp. nie pomogły i w końcu byłem zmuszony do zarzucenia biegania. Przez wakacje kontuzje się zaleczyły i wydawało się, ze wszystko wróciło do pełnej sprawności, więc stwierdziłem, że trzeba reaktywować bieganie. Zacząłem bardzo powoli, od dwóch mało intensywnych treningów w tygodniu, po czym powoli zwiększałem tę liczbę do trzech razy, podnosząc przy tym intensywność. Przez jakiś czas wszystko było OK i biegało mi się bardzo sprawnie. Ale – ni stąd ni z owąd – w poprzednim tygodniu znów zaczęły się dziwne odczucia w okolicach lewej piszczeli. Tym razem nie usiłowałem już chojraczyć i od razu odstawiłem bieganie. W ciągu ostatnich kilku miesięcy dokształciłem się znacznie w dziedzinie treningu i kontuzji i wiem już, że padłem ofiarą tzw. shin splints (ktoś wie, jak to się nazywa po polsku??), zmora wielu biegaczy. Doświadczenie pokazuje, że chyba jestem – niestety – podatny na ten rodzaj kontuzji, więc na przyszłość zamierzam ograniczyć bieganie do maksimum trzech treningów w tygodniu i zwiększać obciążenie treningowe bardzo ostrożnie – nie mam ochoty znowu wyłączyć się z gry na kilka miesięcy.

    • Najlepsi biegacze, rajdowcy, maratończycy biegają po kilkadziesiąt kilometrów tygodniowo, wkładając w trening wiele godzin i wiele litrów potu (i krwi). Wszystko to prawda, pytanie brzmi tylko, na ile naśladowanie takiego podejścia do treningu jest możliwe i wykonalne dla tzw. normalnego człowieka, który z biegania nie żyje a starty w rajdach traktuje jako hobby – coś, co się robi w wolnym czasie. Typowe podejście, polegające na kopiowaniu treningu mistrzów jest oparte na obserwacji, że skora mistrzowie ćwiczą w jakiś tam sposób, to ja - jeżeli chcę być dobry - też tak muszę ćwiczyć. Niestety, ten wniosek jest błędny i to na wielu poziomach naraz. Po pierwsze, mistrzowie nie robią nic, tylko ćwiczą. Mają 7 dni w tygodniu, 12 miesięcy w roku na trening, regenerację, sen itd. Mogą stosować dowolne programy i plany treningowe i nie przeszkadza im w tym praca, szkoła i szeroko pojęte „życie”. Do tego mają (ci najlepsi) do pomocy trenerów, żywieniowców i innych speców od wykręcania nieziemskich rezultatów. Tzw. zwykły człowiek nie dysponuje podobnymi możliwościami, więc naiwnością jest sądzić, że mógłby tak trenować. Odnosi się to co prawda raczej do sportowców na poziomie olimpijskim i to głównie na Zachodzie, bo wydaje mi się, że np. polska scena AR to (z całym szacunkiem) wciąż amatorzy (nie w sensie „kiepscy zawodnicy”, ale w sensie „nie zawodowcy”). Co więcej, wydaje mi się, iż cały ten argument, że mistrzowie są mistrzami bo ćwiczą tak, jak ćwiczą jest postawiony na głowie. Należałoby może raczej powiedzieć, że oni tak ćwiczą, bo są mistrzami. Tzn. mają predyspozycje, warunki, motywację, które pozwalają im trenować na poziomie, na jaki może się wznieść tylko niewielu. Dlatego ktoś, kto widzi np. plan treningowy kenijskich mistrzów długich dystansów i stwierdza „ja też tak będę robił i zostanę mistrzem” dopracuje się co najwyżej kontuzji i rozczarowań raczej, niż spektakularnych efektów (no, chyba że sam ma zadatki na mistrza, wtedy to co innegoJ). Ja swoich możliwości do końca nie znam, dlatego też wolę zaczynać powoli i obserwować co się dzieje.

    • Bieganie to dla mnie za mało. Przyczyna ostatnia i najbardziej „filozoficzna”, jak też mająca najwięcej wspólnego z moim osobistym podejściem do życia. Otóż, w przeciwieństwie do wielu maratończyków, rajdowców itd. samo bieganie (czy nawet szerzej – sporty wytrzymałościowe) w zupełności mi nie wystarczają. Być może jest to pozostałość po innych sportach, w które się (bardzo amatorsko) bawiłem – wspinaczce czy sztukach walki – ale poświęcanie całej energii na trenowanie jednej tylko dyscypliny wydaje mi się nieznośnie wąskie, ograniczone i – szczerze rzekłszy – nudne. Nie cierpię wąskich specjalizacji, odnoszę wrażenie, że tracę wtedy wszystkie inne możliwości i szanse, i zamykam się na alternatywne drogi rozwoju. Co więcej, samo bieganie (wbrew powszechnym opiniom) nie jest wcale idealnym sposobem na sprawność i dobrą formę. Owszem, poprawia wydolność i wytrzymałość ogólną, ale co z innymi cechami motorycznymi? Gdzie siła, szybkość, wytrzymałość beztlenowa, dynamika, równowaga, rozciągnięcie itd.? Dlaczego te cechy miałyby być mniej ważne niż wytrzymałość tlenowa? Dlatego dla mnie tzw. gimnastyka siłowa i rozciąganie nie są tylko dodatkami dobiegania, ale celami i zadaniami samymi w sobie – podciągnięcie się 30 razy czy podniesienie 200 kg na martwy ciąg ucieszyłoby mnie tak samo, jak złamanie trzech godzin w maratonie.

Powie ktoś, że jak się chce mieć wszystko, to nie ma się nic. Może to i prawda, ale ja osobiście zawsze wolałem być dobry w kilku rzeczach niż elitarny w jednej, a żaden w innych. Choćby dlatego, że daje mi to więcej szans na sprawdzenie się i przetestowanie swoich możliwości, co jest chyba moim głównym celem – nie startuję w Harpaganie czy maratonie dlatego, że tam się dużo biega ale dlatego, że jest to wyzwanie, które mam ochotę podjąć. A jeżeli ktoś uważa, że tacy co robią wszystkiego po trochu, są mniej warci niż specjaliści, niech zapozna się ze stroną CrossFit (i jej zawartością). Tylko ostrzegam – nie dla osób o słabych nerwach (i mięśniach, i płucach, i sercu i…).

I to było na tyle, bo jeszcze trochę i ten post zamieni się w mój prywatny manifest życiowy :-D. W każdym razie, mam nadzieję że teraz każdy czytelnik bloga (ilu by ich nie było;-)) będzie mógł odpowiedzieć sobie, czemu strona i jej zawartość wygląda tak, jak wygląda.

Pozdrawiam!

 

jeżeli Ci się spodobało, wrzuć ten wpis na: | | | |

2 Responses to “Dlaczego tak mało biegam?”

  1. Odnoszę wrażenie, że masz mylne wrażenie o treningu przy dyscyplinach typu maratony piesze czy rajdy przygodowe, w tych pierwszych wszyscy najlepsi zawodnicy wcale nie robią kosmicznych przebiegów. Normą jest 50-60 kilometrów tygodniowo. to raptem 4-6 godzin treningu tygodniowo. Jeśli nie stać Cię na taką ilość czasu to albo faktycznie jesteś zapracowany albo nie masz wystarczającej motywacji

    Kolega, zwycięzca ostatniego Harpagana, biega rano przez cały rok, zdarza mu się robić trening o godzinie 4 czy 5! Wraca z treningu idzie do pracy a popołudnia ma dla rodziny. Kwestia motywacji. W Polsce tych dyscyplin nikt nie trenuje profesjonalnie, wszystko to mniej lub bardziej zaawansowana amatorka.

    Trening pod AR powinien w pełni Cię usatysfakcjonować, pełny przekrój dyscyplin i ogólnorozwojówka (GR i GSy), które składają się na podstawę tego sportu.

    Tak mi się wydaje, że starasz się realizować doskonałość ciała samego w sobie, chcesz po prostu być “fit”. Mnie również to pociąga, ale to sprawa wtórna do wyzwań, które motywują mnie do treningu. Mam rację?

  2. O, mnie sie też zdarzało wychodzić na bieganie o 5 rano, nawet nie dalej niż dwa tygodnie temu. To, że teraz mam przerwę to - jak mówię - wynika raczej z kłopotów z piszczelami niż tego, że nie mam ochoty biegac w ogóle. Z czasem mam nadzieję dociągnąć do tych 3 treningów w tygodniu i zamknąc się w jakichś 40 kilometrach. Ale nie zamierzam przy tym rezygnować z innych rzeczy (wspinania, gimnastyki itd.).
    A co do treningu AR to masz świętą rację, że właśnie wielodyscyplinarność sprawia, że tak mi się to podoba.
    Wydaje mi się też, że kwestia rozwoju ciała jest tu tak naprawdę drugorzędna - chodzi raczej o coś duchowo/psychicznego, właśnie tę motywacje do podejmowania kolejnych wyzwań - trening czy różne wyczyny to tylko środki. No i faktycznie bardziej bawi mnie ogólny “fitness” niż specjalizacja w czymś konkretnym.

Leave a Reply