Zimowe powiastki motywacyjne częśc I – Himalayan Run & Trek

Nie pamiętam, jak się to odbywa w Polsce, ale w Belgii w ten weekend będzie mieć miejsce zmiana czasu. Dla mnie jest to symbol, znak, że „lepsza” połowa roku jest nieodwołalnie za nami, teraz już tylko ciemność przez 20 godzin na dobę, zimno, plucha i śnieg… Czasami aż się nie chce wychodzić z domu, zwłaszcza rano, kiedy temperatury osiągają dobowe minimum a za oknem zasłona białych płatków. A tu wypadałoby przecież się poruszać, prawda? Niestety (czy może na szczęście) zima to idealny czas na przygotowania do wiosenno – letniego sezonu startowego i jak to mówią doświadczeni ludzie, letnie zwycięstwa biorą się z zimowej orki treningowej. Problem tylko w tym, że czasami niesprzyjające warunki plus własne lenistwo biorą górę i ciężko wygrzebać się z łóżka na ten trzeci trening biegowy w tygodniu…

Różne są sposoby radzenia sobie z takimi dołami motywacyjnymi, ale dla mnie zawsze skutecznym źródłem inspiracji były opisy wyścigów, zawodów czy po prostu wyczynów, najlepiej niezwykle trudnych/”hardkorowych” a przy tym odbywających się w egzotycznych, atrakcyjnych miejscach. I nawet jeżeli moje osobiste widoki na udział w czymś takim są mizerne, to sam fakt, że takie imprezy się dzieją, i że są na świecie ludzie, którzy coś takiego robią daje mi kopa i motywuje do pracy nad sobą, a w praktyce – nie pozwala mi poddać się lenistwu i zakopać w łóżku czy zostać w pokoju przed komputerem, kiedy dobrze wiem, że właśnie przypada czas na kolejny trening interwałowy, crossfitowy czy długie wybieganie.

I tak sobie pomyślałem, że w sumie dobrze by było podzielić się tym źródłem motywacji z szerszą publiką (bo jakoś dziwnie mi się zdaje, że nie ja jeden cierpię na zimowy syndrom obniżonej motywacji;-)). Dlatego też od dziś poczynając będę tu zamieszczał opisy najbardziej zakręconych/inspirujących (moim zdaniem) imprez i wyczynów, do których można by się było przez zimę przygotować.

Na pierwszy ogień pójdzie coś naprawdę niesamowitego, co znalazłem w sieci bardzo niedawno po czym nie mogłem przez dłuższy czas podnieść żuchwy z podłogi. Panie i panowie – impreza dla każdego miłośnika gór, trekkingu i biegów terenowych – Himalayan Run&Trek

Jak sama nazwa wskazuje, jest to impreza biegowo-trekkingowa (także rowerowa), odbywająca się w indyjskich Himalajach, w ramach której można wziąć udział w jednej z trzech niezależnych „konkurencji”:

· 100-milowy wyścig etapowy („The Himalayan 100 Mile Stage Race”). Najdłuższy i najbardziej „ultra maratoński” dystans, zorganizowany w podziale na 5 jednodniowych etapów (24 – 20 – 26 – 13 – 17 mil), z przerwami na nocleg. Trasa przebiega w pobliżu najwyższej części łańcucha Himalajów, z widokami na Mt. Everest, Lhotse, Makalu i Kangczendzongę. Dystans wydaje się kosmiczny, ale biorąc pod uwagę podział na 5 odcinków, tak naprawdę jest do pokonania dla każdego, kto czuje się na siłach ukończyć maraton (lub nawet półmaraton). Nie ma też żadnych limitów czasowych na pokonanie poszczególnych odcinków, można więc robić sobie przerwy marszowe albo wręcz pokonać cała trasę idąc (a trzeba wiedzieć, że wprawny chodziarz, umiejący się posługiwać kijkami trekkingowymi jest w stanie pokonywać długie dystanse nie wolniej niż niejeden biegacz).

· Maraton Wyzwanie Mt. Everestu („The Mt. Everest Challenge Marathon”). Zaplanowany jako kulminacyjna część ośmiodniowego wyjazdu, obejmującego też aklimatyzację i zwiedzanie, sam maraton pokrywa się z trzecim dniem wyścigu stumilowego. Trasa przebiega między Sandakphu (3580 m npm) a Rimbik (2000 m npm) i łączy odkryte grzbiety z przedgórskimi dżunglami. No i obfituje w niesamowite panoramy (między innymi Everest i Kanczendzonga).

· Rajd Rowerowy Mt. Everest („The Mt. Everest Bike Rally). Pięciodniowa impreza, pokrywająca się z trasą i terminem wyścigu stumilowego. Ostre podjazdy, downhill, odsłonięte grzbiety, dżungle no i rzecz jasna niesamowite widoki na trasie.

Nie wiem jak wy, ale dla mnie udział w takiej imprezie byłby czymś kosmicznym. Sam rajd (niezależnie od konkurencji) wygląda na super trudny z co najmniej kilku powodów – po pierwsze sam dystans, czy to maraton czy sto mil (!) jest zawsze wymagający, niezależnie gdzie się go chce pokonać, po drugie wolę sobie nawet nie wyobrażać sumy podejść i zejść, które trzeba tam pokonać na i na koniec – trzeba wziąć pod uwagę wysokość, na jakiej się to odbywa. A jeśli dodać do tego fakt, że to wszystko dzieje się w najpiękniejszej scenerii górskiej na świecie – czego tu jeszcze chcieć więcej :-D .

Co prawda nie sądzę, żebym w najbliższym czasie (a nawet w średnio najbliższym) był w stanie pozwolić sobie na udział w Run & Trek, ale kto wie, nigdy nie wiadomo kiedy pojawi się okazja, a wtedy głupio by było jej nie wykorzystać tylko dlatego, że z własnego lenistwa opuściło się kilka treningów, prawda?

Dla zainteresowanych szczegółowymi informacjami o biegu polecam stronę organizatorów.

Na razie!

 

jeżeli Ci się spodobało, wrzuć ten wpis na: | | | |

Jedna odpowiedź

  1. Zapomniałeś o jednej malutkiej rzeczy. O pieniądzach, bo do zawodów, pod względem kondycyjnym można się przygotować. A skąd wziąć kilka tysięcy na dojazd, wpisowe itd?

    Choć z drugiej strony, znajomy jedzie teraz właśnie w te okolice, i z tego co pamiętam to za lot w obie strony zapłaci coś ok. 450-500 euro…

Dodaj komentarz