Bieg, bieg i… po biegu

Jestem maratończykiem.

Tak, tak, mogę oficjalnie powiedzieć to o sobie (kto by pomyślał?). Medal za ukończenie 29 Maratonu Warszawskiego wisi na ścianie po mojej prawej ręce.

Jak było? Bardzo pouczająco. Zgodnie z moimi przewidywaniami z ostatniego wpisu przed maratonem, pokonałem trasę w okolicach 4 godzin 30 minut. Konkretnie w 4:41:33, czyli nieco słabiej niż bym sobie życzył. No, ale (pocieszam się) jak na start bez jakiegokolwiek konkretnego treningu biegowego (nie licząc kilku marszobiegów w tym miesiącu) chyba nie było najgorzej. Satysfakcja w każdym razie jest ogromna, wiem teraz co znaczy ten dystans, rozumiem co mówią maratończycy mówiąc o “ścianie” w okolicach 30-go kilometra i już szykuję się na start w przyszłym roku. Tym razem poniżej 4 godzin!

Za jakiś czas napiszę większą, bardziej szczegółową relację, muszę tylko zebrać od kilku osób zdjęcia.

2 Responses to “Bieg, bieg i… po biegu”

  1. Jeszcze raz gratulejszen, jak wiadomo ściany i inne rodzaje murów są do pokonywania. Pozdro z dzisiejszego dnia. Grażyna

  2. Hmm.. Tak fajnie się zapowiadało, co się stało? Będą jeszcze nowe wpisy?

Leave a Reply