Niezbędnik turysty – nieco inaczej
Przedmioty i sprzęty, które każdy „szanujący się” turysta, zwłaszcza górski, powinien mieć z sobą na wyprawie to podstawa każdej książki czy poradnika dotyczącego tej formy spędzania czasu. Zawsze można znaleźć tam żelazne pozycje, jak dobre buty, kurtka przeciwdeszczowa, kompas itd. Na podstawie swojego doświadczenia mogę jednak napisać, że jest całkiem sporo rzeczy, które w terenie przydają się nadzwyczajnie a jakoś rzadko trafiają na łamy różnych pozycji w stylu „Turystyka górska w weekend” itd. Kilka wyjazdów w góry w towarzystwie ludzi dużo bardziej doświadczonych niż ja pozwoliło mi podpatrzeć szereg takich właśnie „patentów”, które postaram się tu pokrótce wyliczyć:
1. Worki foliowe. Wszelkich rozmiarów – od kanapkowych torebek do wielkich, pancernych worów o pojemności 100 litrów. Maja tysiąc zastosowań, od pokrowca na plecak, przez improwizowany obrus do łapacza deszczówki, kiedy nie ma w pobliżu żadnego źródła wody (sam sprawdziłem!). Żeby je docenić wystarczy spędzić trzy dni w podającym bez przerwy deszczu…
2. Srebrna taśma, znana też pod nazwami „power tape”, „duct tape” itp. Niezastąpiony wynalazek do naprawiania wszystkiego. Bez żadnej przesady można przy jej pomocy nareperować (przynajmniej prowizorycznie) większość spodziewanych i niespodziewanych usterek w sprzęcie, ubraniu itd. Przy tym nie trzeba wcale brać całej rolki, można przed wyjazdem poowijać kilka odcinków taśmy wokół np. kijków trekkingowych, kubka itd. dzięki czemu nie zajmuje żadnej „używalnej” przestrzeni w plecaku.
3. Parasol. Tak, wiem, z parasolem w górach chodzą tylko skończone cepry, prosto z Krupówek, nie mające pojęcia o „prawdziwej” turystyce, itd. itp., prawda? Otóż wcale nie i trzeba z tym przesądem wreszcie skończyć. Jasne, że nie polecam nikomu drapania się z parasolem w garści na Mnicha czy Mt. Everest, ale kiedy trzeba np. iść kilka/kilkanaście godzin płaskim dnem doliny w lejącym deszczu i przy względnie wysokiej temperaturze, jego przewaga nad tradycyjnym rozwiązaniem (kurtka na grzbiet, kaptur na głowę i idziemy) staje się aż nadto widoczna – lepsza ochrona przed wodą, wentylacja, przewiew, a co za tym idzie – termoregulacja nie dają się porównać. No i chroni też plecak (do pewnego stopnia). Trzeba tylko wybierać w miarę porządny model, żeby go wiatr nam nie przenicował na drugą stronę.
4. Świeczka. Nie wiem jak wy, ale ja nie cierpię wałczyć z rozpalaniem ogniska, w szczególności na zimnie, wietrze, z mokrym drewnem itd. Kawałek świeczki jest tu nadzwyczaj pomocny i pomaga rozniecić zbawczy ogieniek nawet w pozornie beznadziejnych warunkach.
5. Cienka rurka plastikowa. Zdarza się czasem, ze w pobliżu miejsca na biwak czy obozowisko, albo nawet w przypadku nieplanowanego „kibla” w jakimś dzikim terenie nie można znaleźć porządnego źródła wody a jedynie malutkie strużki cieknące między kamieniami lub cieniutką błonę wodną, spływająca po powierzchni skały. Zebranie czegoś takiego butelką czy kubkiem graniczy z niemożliwością lub jest nad wyraz czasochłonne (a jeszcze w nocy, na głodniaka, na zimnie itd.). Cienka rurka plastikowa (np. rurka od kamelbaka) jest świetnym rozwiązaniem i pozwala uniknąć całonocnych mąk głodu i pragnienia.
6. Poddupnik. Nikogo nie trzeba przekonywać o pożytkach z zabrania w góry karimaty, prawda? Tymczasem wcale niedużo ludzi zabiera ze sobą jej młodszego brata – poddupnik. Jest to właśnie kawałek karimaty, o kształcie prostokąta lub kwadratu i wymiarach przykrojonych do siedzenia właścicielki/-la. Gadżet niezastąpiony, przydaje się do siadania (stąd nazwa) gdy podłoże jest mokre, brudne, zimne itd. ale też do stawiania różnych przedmiotów i sprzętów a czasem też do rozdmuchiwania opornie się palącego ogniska.
Póki co to tyle z „niecodziennych” porad turystycznych, być może w przyszłości pojawi się kontynuacja…
A wy, drodzy czytelnicy bloga? Jeżeli znacie/stosujecie jakieś podobnie niestandardowe patenty górsko-turystyczne, to zapraszam do dzielenia się nimi w komentarzach do niniejszego wpisu.
Pozdrav!
jeżeli Ci się spodobało, wrzuć ten wpis na:
|
|
|
| 
albo dodaj go do Zrób To Sam - sieciowego zbioru poradników
Ty zamiast czarować tutaj o parasolach napisz jak Ci poszło na martonie!
.
A już w temacie, przez lato miałem przyjemność pracować w rodzinnym biznesie, i miałem w sprzedaży parasole. Małe składane, duże nieskładane. Małe składane strach było nawet otwierać, a brać je w góry ? Bez sensu. Duże? Nie dość, że na wietrze się łamały to są ciężkie i nieporęczne.
Nawet jeśli myślisz o jakichś porzadnych parasolach to chyba i tak jest to chybiony pomysł. Pisałeś wcześniej o ultralight. To przeczy tej zasadzie. Poza tym, piszesz o parasolu i o rurce do spijania ciężko dostępnej wody. To drugie to już ekstrema, może w Kirgizji się przydaje, ale przy wyjeździe na kilka dni w Tatry? Miałeś parasol w Azji?
Zgodzę się natomiast z tym, że parasol może przydać się w wyjątkowej sytuacji, ciepło, brak wiatru i padający deszcz. Ale wyjazd w góry to szukanie kompromisu między wygodą a ciężkim plecakiem, przynajmniej ja wychodzę z takiego założenia.
Hehe, napisze i relacje z maratonu, nie ma obawy. Chwilowo nie mam jeszcze zdjęć.
jak widać na załączonym obrazku: http://www.golite.com/product/product2.aspx?sc=91&s=1
A co do parasola, to jasne, że jest tu miejsce na kompromis, ale myślę, ze jest to jednak przydatna rzecz. W Kirgizji akurat miałem taki mały, składany ale na szczęście nie musiałem go uzywać, bo praktycznie nie mieliśmy tam deszczu. A czy się mieści w w kategorii ultralight? Hmmm, ja tam nie wiem, ale na pewno w kolekcji GoLite’a figuruje, a ta firma chyba przewodzi na świecie pod względem superlekkiego sprzętu (a i w światku AR jest dość znana, choćby team GoLite z Ianem Adamsonem…