Jak prezentuje się przeciętny polski „niekomercyjny” turysta wyjeżdżający w góry? Mam tu na myśli ludzi, którzy starają się urządzać sobie wyjazdy według własnego widzimisię, a nie popularną „stonkę” wyjeżdżającą na last minute z turystyczną firmą – krzakiem. Ludzi, którzy nie boją się dwutygodniowych wyryp w górsko – leśną głuszę, są za pan brat z namiotem i ogniskiem, nie potrzebują codziennie gorącego prysznicu a Ukraina czy Rumunia to dla nich regularne wakacyjne destynacje a nie jakaś nieludzka ziemia z kiepskich amerykańskich dreszczowców (patrz mega-ścierwo sezonu pt. „Hostel” i „Hostel II”[1]). Innymi słowy – ludzi może nie super-hardkorowych ale jednak samodzielnych i wiedzących co nieco o prawdziwej turystyce.
Otóż pierwsza cecha, która uderza postronnego obserwatora to niewątpliwie rozmiar plecaków, które wyżej wymienieni taszczą ze sobą i ciężkie trekkingowe buciory, w które zakute są ich stopy. Do obowiązkowego wyposażenia należy wór dużej pojemności (przeważnie od 70 litrów w górę, ja sam mam setkę:-D), wykonany z Cordury albo innego pancernego materiału, oczywiście z masą troczków, pętli itp. wodotrysków. Dalej mamy kilkukilogramowy namiot i śpiwór, który też zazwyczaj swoje waży (chyba, że kogoś stać na puchowy, których ceny są jednak dość zaporowe dla wielu osób). Kolejna pozycja to ubrania, chociaż tu sprawa się indywidualizuje bo wiele zależy od wyjeżdżającego. Generalnie im większe doświadczenie, tym mniej koszulek, T-shirtów, par skarpet itd. trafia do plecaka, jednak pewne trendy są zauważalne. Po pierwsze, ciężkie „przeciwdeszczowe” kurty z Aquatexu, Sympatexu czy innego texu, których na rynku jest co niemiara. Najczęściej grube, ze wzmacniającymi naszywkami, kieszeniami, kapturami, ściągaczami a czasami nawet fartuchami p-śnieżnymi (latem…). Tak czy siak, mają wiele wspólnego – są mianowicie ciężkie, zajmują dużo miejsca a nosząca je osoba poci się jak gąbka. Do tego grube bluzy polarowe (zajmujące jeszcze więcej miejsca), spodnie – często bojówki lub podobne no i buty… Typowy polski turysta nie ruszy się nawet na górkę w miejskim parku jeżeli nie ma na sobie przynajmniej ciężkich treków z pełnej skóry, z wypustkami do zamocowania automatycznych raków. I takie buty są noszone na letnie wyprawy w góry np. Rumunii czy Ukrainy. To wszystko, plus sprzęt obozowy (garnki, menażki itd.), higieniczny i jedzenie na wyjazd sprawia, że plecak w przeddzień wyjazdu potrafi ważyć 30 kilogramów z hakiem a nakładanie go to dwu lub trzyetapowa procedura. Chodzenie z czymś takim to osobna historia (mogę tak napisać ponieważ sam przećwiczyłem wszystko, o czym tu opowiadam). Średnie tempo piechura przemieszczającego się z 30-kilową pałubą na plecach spada do wartości opisywanych liczbami urojonymi, podejścia stają się sprawdzianem wytrzymałości na ból i cierpienie a zejścia to czysta masakra dla mięśni i stawów. Znam osoby, które wielokrotne długie wyjazdy z ciężkimi plecakami doprowadziły do zwyrodnieniowych zmian w stawach biodrowych i kolanowych i to przed trzydziestką (!). W przypadkach ekstremalnych, super ciężki wór może stać się przyczyną nieszczęścia, gdy np. wytrąci piechura z równowagi na stromym stoku lub pociągnie pod wodę przy przekraczaniu rzeki.
Mimo tych (nie)wątpliwych „zalet”, taki model turystyki wydaje się być w polskim światku globtroterskim obowiązujący. Sam zresztą do niedawna byłem jego przekonanym zwolennikiem. Jednak ostatnio miało miejsce kilka wydarzeń, które otworzyły mi oczy na alternatywy. Otóż okazuje się, że możliwe jest pokonywanie znacznych odległości w górach i innej „dziczy” z minimalnym wyposażeniem i plecakiem ważącym poniżej 15 kilogramów. Zetknięcie z ideami i praktyką tzw. ultralight backpacking było dla mnie pewnym szokiem a jednocześnie prawdziwym objawieniem. W tym samym czasie zacząłem się też na poważnie interesować biegami terenowymi (trail running) i rajdami przygodowymi, znanymi też jako Adventure Racing. I co się okazało? Otóż w tej dyscyplinie zawodnicy rutynowo pokonują po kilkadziesiąt lub nawet kilkaset kilometrów w trudnym (często górskim) terenie, przemieszczając się na własnych nogach (ewentualnie rowerem) i taszcząc ze sobą wiele z niezbędnego sprzętu. A jednak na pierwszy rzut oka ich wyposażenie wcale o tym nie świadczy – lekkie, małe plecaki, buty do biegania w terenie, niezbędne minimum ubrań i innych sprzętów. Wydawałoby się – zaprzeczenie podstawowych zasad przebywania w górach… Jednak to właśnie daje im niezwykłą mobilność, łatwość poruszania, niesamowite tempo no i sprawia, że nie męczą się nawet w jednej 10-ej tak jak ktoś taszczący na grzbiecie cały dobytek życia. Niedługo potem sam wziąłem udział w kilku imprezach z rodzaju biegów/marszów terenowych na orientację (GEZNO, Harpagan) i na własnej skórze mogłem się przekonać, jak czuje się człowiek którego bagaż odchudził się o dobrych parę kilogramów. Że nie wspomnę o zamianie pancernych butów trekkingowych na lekkie i wygodne trailowce.
Innymi słowy – złapałem bakcyla chodzenia na „super-lekko”. Mam nadzieję, że tym wpisem mogłem rozbudzić czyjąś ciekawość i chęć wyglądania poza znane od zawsze schematy. W następnych tygodniach postaram się napisać więcej i bardziej szczegółowo o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi, kto to wymyślił, jak się zabrać do odchudzania swojego bagażu, jakie trudności i zastrzeżenia trzeba brać pod uwagę itd. Opiszę też moje własne postępy w przechodzeniu na „tryb lekki”.
Stay tuned
[1] Wiem, że w „Hostelu” akcja dzieje się na Słowacji, ale chodziło o przykład.
Zamieszczony w: góry, porady, ultralight
Generalnie zgadzam się.
To całe chodzenie “na ciężko” to chyba zasługa (wątpliwa zresztą) odległych czasów, przynajmniej mi wyprawy w góry kojarzą się w ludźmi z wielkimi worami na plecach. Później człowiek sam rusza z domu i wiedziony tym obrazkiem pakuje ile wlezie.
Co prawda nie bywam zbyt często (ani długo) w górach, ale moje dotychczasowe wyjazdy również wyglądały podobnie. Teraz po doświadczeniach rajdowych nie wyobrażam sobie wyjazdu z wielkim plecakiem.
Tylko tak myślę, że cały czas mówimy tutaj np. o tygodniu w Tatrach a nie wyjeździe do Kirgizji na miesiąc… Bo w tym przypadku “ultralight” nie musi być najlepszym wyjściem…
Fakt, w Kirgizji nikt z nas nie szedł na “superlekko”, ale myślę, że przynajmniej częściowo, nawet na takich długich i “poważnych” wyjazdach można obciąć sporo zbędnej wagi z plecaka, np. przez zminimalizowanie ilości ciuchów, ograniczenie przyborów higienicznych do minimum, podział sprzętu między uczestników (tzn. żeby tylko dwie osoby zabrały np. krem do opalania, inne dwie – pastę do zębów itd.) i tym podobne tricki. Nie mówiąc już, że można po prostu zakupić sobie lekki plecak (co oczywiście zależy od indywidualnych możliwości finansowych), np. ja wziąłem 70-kę o wadze 1,5 kga więc niskiej jak na taką pojemność i bardzo mi dobrze służyła mimo małych problemów z trwałością materiału…
Masz rację. A kwestie finansowę sprawiają, że zabawę w “ultralight” nie tak łatwo zacząć od początku wypraw w góry. Ja sam powolutku kompletuje sprzęt, a i tak końca wydatków nie widać
.
Cóż, ja dopiero teraz trafiłem na tą notkę, ale czuję potrzebę dodania swoich kilku groszy
Najpierw jednak wspomnę, że sam blog mi się bardzo podoba.
Jeżdże na okołotygodniowe górskie wyprawy średnio często – studia i praca nie dają mi takiej elastyczności, jaką bym chciał mieć, ale staram się gdzieś wybyć chociaż na weekend raz w miesiącu, czasem – podczas tzw. długich weekendów ten czas w dziczy przedłuża się do okresów nawet 5-cio, 6-cio dniowych. W wakacje wyjazdy na tydzień-dwa to standard.
Gdy zaczynałem uprawiać taką “prawdziwą” turystykę – jakieś 5 lat temu, to zazwyczaj rzeczywiście miałem plecak o wadze 30 i więcej kg. Ale sam plecak był z TESCO i ważył chyba ze 3,5kg (cały podgumowany), namiot był starszy ode mnie (taka trójkątna chatka z ciężkiego materiału ze stalowymi rurkami) a i brałem za dużo ciuchów i obowiązkowe żarcie w puszkach (tylko i wyłącznie).
Jednak od pewnego czasu udaje mi się obniżać tą wagę – głównie dzięki lekkiemu sprzętowi i przerzuceniu się na żarcie w proszu.
Jednak nigdy nie udało mi się zejść poniżej 20kg.
Zrobiłem sobie nawet specjalną rozpiskę w arkuszu kalkulacyjnym – najcięższe w moim bagażu rzeczy to woda (zawsze biorę na początek 2 x 1,5 litra – waga to nie 3kg, jak by się można spodziewać, a 3,2kg) oraz sam plecak (wolfskin agadir III = 2,6kg – mogłem kupić II, ale już za późno).
Namiot natomiast mam leciutki (1,6kg), śpiwór też (1,1kg – letni), z rzeczy przekraczających swoją wagą 1kg mam jeszcze tylko aparat fotograficzny (1,2kg) – ale nie zawsze go zabieram.
Buty ciężkie, ale porządne – nie wyobrażam sobie chodzenia znów w butach, które przemokną po całodziennym chodzeniu po rosie nie mówiąc już o deszczu kilkugodzinnym – oprócz nich zawsze sandały – leciutkie.
Reszta to rzeczy poniżej 1 kg i to często dużo poniżej, ale i tak wszystko razem to 21,5kg.
Zamieniając kartusz do palnika na mniejszy mogę zyskać 30dkg, rezygnując z zapasowej pary spodni oraz książki mogę zyskać w sumie 1,15kg no ale z reszty ciężko by było zrezygnować.
Tak więc poniżej 20kg zejść dałoby się tylko, gdyby co dzień na szlaku był sklep albo gdyby mieć liofilizatów na 5 dni o wadze normalnego żarcia na 2 dni – ale aż tak bogaty nie jestem – najlżejsze moje żarcie to puree w proszu, kasza gryczana i warzywa suszone.
Fasolka w sosie pomidorowym w puszcze być musi. Niektórzy mogą powiedzieć, że 2 x 1,5l wody to dużo, ale ja po prostu tyle potrzebuję a poza tym nie zawsze jeżdże sam.
Apteczka niby waży dużo – 0,55kg – ale rezygnować z apteczki to szaleństwo. Tak więc co jeszcze można zmienić? Wcześniej nosiłem 30kg, teraz 20 – różnica duża, ale miłoby było nosić 15 – tak, jak Autor pisze.