Komańcza, 12 VI 2009, 3: 00 rano – zjawiamy się na linii startu
Przed nami: 75 kilometrów, 3200 metrów podejścia, 3000 metrów w dół
Korek w Komańczy? w środku nocy?? I co tu robi ten tłum???
Noc
Bębny
Adrenalina
3: 24 – wystrzał z pistoletu – pojechali!
Deszcz
Wiatr
Błoto
Najpierw idziemy rozważnie, maszerujemy żeby nie tracić niepotrzebnie sił, przepuszczamy obok sporo zespołów, niepostrzeżenie przesuwamy się ku końcowi stawki… Tak jest na pierwszym odcinku, biegnącym jeszcze drogą i potem, koło zalewanych deszczem Jeziorek Duszatyńskich.
Pierwsze podejście – jest nieźle, chyba można zacząć wyprzedzać. Idziemy równym tempem, łykamy kolejne ekipy, nie pilnując za bardzo czasu, kiedy nagle pojawia się…
Panika na Chryszczatej (kurde, ile jeszcze mamy czasu? Ile stąd się Idzie na ten Żebrak? Ej, nie jest dobrze!)
Wariacki zbieg na Żebrak
Pięć minut przed limitem – wpadamy na punkt. Zimno. Mgła. Dopaść do stolika z izotonikiem, zjeść coś szybko, napić się. Po kilku minutach – dreszcze, trzeba się ruszać, bo przemarzniemy.
Pierwszy przepak – Cisna. Jak to, to już? Dopiero 5 godzin?

Tata Kuby: „Marcin z ekipą wyszli 15 minut temu” O żesz ja…! Woda, batonik, izotonie, lód w spreju na nogi, pierwsza zmiana ciuchów, w sumie pół godziny na przepaku i lecimy dalej.
Okrąglik, granica… Kurde, pomyśl sobie, ze normalnie o tej porze wstawałbym do roboty… I ci wszyscy ludzie, co właśnie teraz wygrzebują się z ciepłych łóżek i przecierają oczy. A my??

Zdziwione twarze turystów, a potem te same, ale zawsze miło brzmiące teksty – brawo, dalej, dawajcie! Co? Ile kilometrów? Skąd? O której godzinie???
Nieformalny wyścig z kilkoma, wciąż tymi samymi, ekipami (pozdrowienia dla wszystkich) – jak my ich na podejściu, to oni nas na zbiegu…
Jakiś drogowskaz turystyczny… że co? Godzina podejścia? OK, po dwudziestu minutach jesteśmy na górze.
Rozmowy o życiu, dziewczynach, wolnym czasie, pracy i innych głupstwach zajmują czas…
Kuba podejrzanie zwalnia, rozmowa jakoś się urywa. Co jest?
Wraca widmo Harpagana… Kontuzja. Ból kolana coraz gorszy. Wahania – rezygnować czy walczyć dalej…
Bandaże, opaski elastyczne, przeciwbólowe prochy… może cos pomoże, może złagodzi ból na tyle żeby się dało napierać dalej…
Asfalt… Kurde jak ja tego nienawidzę. To co, machniemy jakiegoś Gallowaya? OK. Próbujemy, 5 minut biegu, 7 minut marszu…
Przepak w Smereku. Już nie tacy weseli jak w Cisnej. Znowu jedzenie, picie, nieocenieni rodzice Kuby z bananami, pomidorkami, ręcznikiem… Zimna woda na skatowane stopy, zmiana skarpet, krótkie spodenki, lecimy dalej. Gdzie ja dałem Sudocrem, na ostatni przepak?? Bardzo kur*a mądrze… „Marcin z ekipą wyszli jakieś 45 minut temu” dammit…
Smerek. I my tam mamy włoić? Rany, jak sztywno, na znaku 2 i ¾ godziny…
1: 05 później jesteśmy na szczycie. Nareszcie widać jakieś góry, dość tego pieprzonego, mokrego lasu…
Przed nami wierzchołki jak zastygłe w ruchu fale – Wetlińska, Caryńska, Tarnica i morze innych gór dookoła. Ja pier… jak pięknie, ale czemu jeszcze tak daleko? A podobno już minęliśmy półmetek??

Wetlińska, dwa wierzchołki… między nimi wygodna, sucha (!) ceprostrada. I właśnie tu – kryzys. Co jest, ja mam gdzieś iść? Ale o co chodzi? Gdzieś tam majaczy Chatka Puchatka, tylko czemu to miejsce się oddala zamiast przybliżać, co tu robią ci wszyscy ludzie, OK, może zamknę na chwilę oczy, na jakieś 5 sekund, może 10, ale będę szedł dalej, przecież dam radę iść do przodu z zamkniętymi… IDIOTO! Sam się otrząsam, to jest Rzeźnik a nie spacer po parku, nie przyjechałeś tu się zatrzymywać… Noga za nogą, na zmianę, najpierw jedna potem druga, lewy kijek prawy kijek, krok, odepchnięcie… idziemy.
Chatka Puchatka, kryzys chyba mija. Dookoła tłum turystów, my złazimy w stronę ostatniego przepaku.
Zejście( czy może raczej zjazd?)… Kurde, co za sadysta to wymyślił, czemu najsztywniejsze zejścia muszą być na samym końcu, kiedy nogi odmawiają posłuszeństwa a kolana wołają o zmiłowanie do nieba… No nic, złazimy. Kijki po raz kolejny okazują się zbawieniem. Szlak – rewelacja, jak nie błoto po kostki to półmetrowe kamienne schody, nie wiem, co gorsze… Do tego chyba łapią nas haluny, skąd na tym szlaku nagle tyle ładnych dziewczyn, to nie to miejsce, nie jesteśmy przecież w Międzyzdrojach…
Berehy, ostatni przepak. Amok. Byle jak najszybciej wlać w siebie kilka kubków picia i wcisnąć jakieś jedzenie, reszta się nie liczy. Pieprzyć zmienianie ubrania, sudocremy, uzupełnianie płynu w kamelbagu i inne duperele, już tylko 10 km, skończyć to, skończyć jak najszybciej. „Marcin z chłopakami wyszli 3 minuty temu!” Kapitanie Bomba, co robimy???
Caryńska, ostatnie podejście. Rany, jak sztywno… I czemu jest tak gorąco, wiatru ani na lekarstwo, pot zalewa oczy… Łykamy po drodze jeszcze kilka zespołów, jak oni wyrabiają w tych polarach i długich spodniach? Granica lasu, jeszcze ze sto metrów do góry. Anonimowy Rzeźnik robi fotę komórką i zapisuje mojego mejla. Dzięki!

Już prawie grzbiet… Zaraz zaraz, kto to się tam opiera na kijku? O ja, przecież to Marcin! Dochodzimy, gadamy. Co jest, co się dzieje? Okazuje się, że Rzeźnik może zgnębić nawet tych, co biegają 10K w 36 minut… Na grzbiecie czekają biegacze z ekipy Marcina (Radek i Marcin). Dobijamy do nich, dalej już idziemy razem… Kuba łapie fazę przewodnicką i w marszu robi nam panoramkę ukraińskich Karpatów;-D.

Ostatnie zejście, znowu slalom po błocie i kamieniach, sam nie wiem, czy podpierać się kijkami czy łapać poręczy, zresztą już wszystko jedno, byle na dół.. Radek pogania, woła, żeby jeszcze napierać, może chociaż te 15 godzin złamiemy… Ale tutaj już nie ma woli walki – kontuzja i wyczerpanie zmuszają do pokory… idziemy. Już jest płasko, Kuba wyciąga telefon i zapuszcza muzykę – Toto Cotugno i Dj Shantel tworzą absurdalny, prawie że nierzeczywisty nastrój… Drewniane kładki na końcówce szlaku i już wiadomo, ze to koniec, niebieski łuk mety już w zasięgu wzroku, ”powietrze pachnie jak malinowa mamba”, jeszcze ostatni spręż, głowa do góry i truchcikiem przekraczamy ostatnią linię. 77, zespół 77! krzyczymy do obsługi rajdu, ktoś mi ściska dłonie, ktoś wiesza na szyi jakiś gliniany krążek, ktoś gratuluje, ktoś tam robi foty telefonem i aparatem… Czyli to już. Już po wszystkim. Koniec.

18:28. Ustrzyki Górne. 15 godzin i 4 minuty Biegu Rzeźnika za nami.
A teraz zmęczenie. Każdy dług musi kiedyś być spłacony. Organizm odgrywa się za 15 godzin nieprzerwanego wysiłku i napięcia. Następne kilka godzin to dreszcze, zimno, mdłości, dziwny półsen, okropny ból nóg, gorączka… Rany, ja chyba nie wyjdę z tego samochodu… Niech mi ktoś da coś przeciwzapalnego… Kąpać się… a jaka woda? Zimna? To spier… , ja się nie ruszam.
Dwa Ibuprofeny i pół godziny leżenia później – jedziemy do Latarni Wagabundy na zakończenie.
Na scenę wchodzą nadludzie, by odebrać swoje puchary – Speleo, Chłopcy z Desantu, Rytro Team i ósemka, która skończyła Rzeźnika w wersji hardcore. Jest też najszybsza kobieta – Anna z Byledobiec Anin. Oklaski, podziw i szacunek… Co tu dużo gadać, czapki z głów dla tych zawodników.
Chwila rozmowy ze znajomymi, poszukiwania swoich rzeczy pozostawionych na przepakach, krótki koncercik w rytmach reggae – rockowych (bardzo bardzo przyjemny!) i wracamy do naszej kwatery w Komańczy.
Jeszcze ostatnia wymiana wrażeń ze współ-rzeźnikami z pokoju (- w ile zrobiłaś? – 12,5 godziny, ale jestem poza klasyfikacją, bo partner się wycofał… – ile?? Ty DZIKA dziewczyno!), kąpiel, szybkie jedzenie i wreszcie, o północy, kamienny sen. Ten dzień trwał co najmniej 48 godzin…
Tak to w skrócie wyglądało.
Udało mi się zrobić coś, o czym marzyłem już od bardzo dawna, jestem niesamowicie zadowolony, impreza spełniła wszystkie oczekiwania, które w niej pokładałem a nawet je przerosła. Rzeźnik to jest naprawdę fantastyczna sprawa i żadna relacja do końca tego nie odda, to po prostu trzeba przeżyć.
Na koniec szacunek i podziękowania, dla:
- Kuby, za to, że ból i kontuzja nie powstrzymały go od ukończenia biegu
- Marcina, Marcina i Radka – za ukończenie Biegu, za towarzystwo w drodze z i do Warszawy, za motywację i inspirację
- dla Rodziców Kuby, za gościnę i wsparcie na trasie (najlepszy team wspierający na świecie!)
- dla załóg, z którymi ścigaliśmy się na trasie – za wspólną walkę
- dla organizatorów i wolontariuszy Biegu Rzeźnika, za stworzenie fantastycznej, niezapomnianej imprezy,
- i wreszcie dla wszystkich Rzeźników, którzy na własnych nogach pokonali te 75 (a niektórzy 100) kilometrów. Nieważne czy w 9:14 czy w 15:59. Jesteście wielcy.
p.s. A za rok – na hardocre’a!
Zamieszczony w: Uncategorized | 1 komentarz »

