Bieg Rzeźnika 2009

Komańcza, 12 VI 2009, 3: 00 rano – zjawiamy się na linii startu

Przed nami: 75 kilometrów, 3200 metrów podejścia, 3000 metrów w dół

Korek w Komańczy? w środku nocy?? I co tu robi ten tłum???

Noc

Bębny

Adrenalina

3: 24 – wystrzał z pistoletu – pojechali!

Deszcz

Wiatr

Błoto

Najpierw idziemy rozważnie, maszerujemy żeby nie tracić niepotrzebnie sił, przepuszczamy obok sporo zespołów, niepostrzeżenie przesuwamy się ku końcowi stawki… Tak jest na pierwszym odcinku, biegnącym jeszcze drogą i potem, koło zalewanych deszczem Jeziorek Duszatyńskich.

Pierwsze podejście – jest nieźle, chyba można zacząć wyprzedzać. Idziemy równym tempem, łykamy kolejne ekipy, nie pilnując za bardzo czasu, kiedy nagle pojawia się…

Panika na Chryszczatej (kurde, ile jeszcze mamy czasu? Ile stąd się Idzie na ten Żebrak? Ej, nie jest dobrze!)

Wariacki zbieg na Żebrak

Pięć minut przed limitem – wpadamy na punkt. Zimno. Mgła. Dopaść do stolika z izotonikiem, zjeść coś szybko, napić się. Po kilku minutach – dreszcze, trzeba się ruszać, bo przemarzniemy.

Pierwszy przepak – Cisna. Jak to, to już? Dopiero 5 godzin?

rzeznik - cisna

Tata Kuby: „Marcin z ekipą wyszli 15 minut temu” O żesz ja…! Woda, batonik, izotonie, lód w spreju na nogi, pierwsza zmiana ciuchów, w sumie pół godziny na przepaku i lecimy dalej.

Okrąglik, granica… Kurde, pomyśl sobie, ze normalnie o tej porze wstawałbym do roboty… I ci wszyscy ludzie, co właśnie teraz wygrzebują się z ciepłych łóżek i przecierają oczy. A my??

rzeznik - okraglik

Zdziwione twarze turystów, a potem te same, ale zawsze miło brzmiące teksty – brawo, dalej, dawajcie! Co? Ile kilometrów? Skąd? O której godzinie???

Nieformalny wyścig z kilkoma, wciąż tymi samymi, ekipami (pozdrowienia dla wszystkich) – jak my ich na podejściu, to oni nas na zbiegu…

Jakiś drogowskaz turystyczny… że co? Godzina podejścia? OK, po dwudziestu minutach jesteśmy na górze.

Rozmowy o życiu, dziewczynach, wolnym czasie, pracy i innych głupstwach zajmują czas…

Kuba podejrzanie zwalnia, rozmowa jakoś się urywa. Co jest?

Wraca widmo Harpagana… Kontuzja. Ból kolana coraz gorszy. Wahania – rezygnować czy walczyć dalej…

Bandaże, opaski elastyczne, przeciwbólowe prochy… może cos pomoże, może złagodzi ból na tyle żeby się dało napierać dalej…

Asfalt… Kurde jak ja tego nienawidzę. To co, machniemy jakiegoś Gallowaya? OK. Próbujemy, 5 minut biegu, 7 minut marszu…

Przepak w Smereku. Już nie tacy weseli jak w Cisnej. Znowu jedzenie, picie, nieocenieni rodzice Kuby z bananami, pomidorkami, ręcznikiem… Zimna woda na skatowane stopy, zmiana skarpet, krótkie spodenki, lecimy dalej. Gdzie ja dałem Sudocrem, na ostatni przepak?? Bardzo kur*a mądrze… „Marcin z ekipą wyszli jakieś 45 minut temu” dammit…

Smerek. I my tam mamy włoić? Rany, jak sztywno, na znaku 2 i ¾ godziny…

1: 05 później jesteśmy na szczycie. Nareszcie widać jakieś góry, dość tego pieprzonego, mokrego lasu…

Przed nami wierzchołki jak zastygłe w ruchu fale – Wetlińska, Caryńska, Tarnica i morze innych gór dookoła. Ja pier… jak pięknie, ale czemu jeszcze tak daleko? A podobno już minęliśmy półmetek??

DSC02836

Wetlińska, dwa wierzchołki… między nimi wygodna, sucha (!) ceprostrada. I właśnie tu – kryzys. Co jest, ja mam gdzieś iść? Ale o co chodzi? Gdzieś tam majaczy Chatka Puchatka, tylko czemu to miejsce się oddala zamiast przybliżać, co tu robią ci wszyscy ludzie, OK, może zamknę na chwilę oczy, na jakieś 5 sekund, może 10, ale będę szedł dalej, przecież dam radę iść do przodu z zamkniętymi… IDIOTO! Sam się otrząsam, to jest Rzeźnik a nie spacer po parku, nie przyjechałeś tu się zatrzymywać… Noga za nogą, na zmianę, najpierw jedna potem druga, lewy kijek prawy kijek, krok, odepchnięcie… idziemy.

Chatka Puchatka, kryzys chyba mija. Dookoła tłum turystów, my złazimy w stronę ostatniego przepaku.

Zejście( czy może raczej zjazd?)… Kurde, co za sadysta to wymyślił, czemu najsztywniejsze zejścia muszą być na samym końcu, kiedy nogi odmawiają posłuszeństwa a kolana wołają o zmiłowanie do nieba… No nic, złazimy. Kijki po raz kolejny okazują się zbawieniem. Szlak – rewelacja, jak nie błoto po kostki to półmetrowe kamienne schody, nie wiem, co gorsze… Do tego chyba łapią nas haluny, skąd na tym szlaku nagle tyle ładnych dziewczyn, to nie to miejsce, nie jesteśmy przecież w Międzyzdrojach…

Berehy, ostatni przepak. Amok. Byle jak najszybciej wlać w siebie kilka kubków picia i wcisnąć jakieś jedzenie, reszta się nie liczy. Pieprzyć zmienianie ubrania, sudocremy, uzupełnianie płynu w kamelbagu i inne duperele, już tylko 10 km, skończyć to, skończyć jak najszybciej. „Marcin z chłopakami wyszli 3 minuty temu!” Kapitanie Bomba, co robimy???

Caryńska, ostatnie podejście. Rany, jak sztywno… I czemu jest tak gorąco, wiatru ani na lekarstwo, pot zalewa oczy… Łykamy po drodze jeszcze kilka zespołów, jak oni wyrabiają w tych polarach i długich spodniach? Granica lasu, jeszcze ze sto metrów do góry. Anonimowy Rzeźnik robi fotę komórką i zapisuje mojego mejla. Dzięki!

rzeznik-podejscie na carynska

Już prawie grzbiet… Zaraz zaraz, kto to się tam opiera na kijku? O ja, przecież to Marcin! Dochodzimy, gadamy. Co jest, co się dzieje? Okazuje się, że Rzeźnik może zgnębić nawet tych, co biegają 10K w 36 minut… Na grzbiecie czekają biegacze z ekipy Marcina (Radek i Marcin). Dobijamy do nich, dalej już idziemy razem… Kuba łapie fazę przewodnicką i w marszu robi nam panoramkę ukraińskich Karpatów;-D.

DSC02839

Ostatnie zejście, znowu slalom po błocie i kamieniach, sam nie wiem, czy podpierać się kijkami czy łapać poręczy, zresztą już wszystko jedno, byle na dół.. Radek pogania, woła, żeby jeszcze napierać, może chociaż te 15 godzin złamiemy… Ale tutaj już nie ma woli walki – kontuzja i wyczerpanie zmuszają do pokory… idziemy. Już jest płasko, Kuba wyciąga telefon i zapuszcza muzykę – Toto Cotugno i Dj Shantel tworzą absurdalny, prawie że nierzeczywisty nastrój… Drewniane kładki na końcówce szlaku i już wiadomo, ze to koniec, niebieski łuk mety już w zasięgu wzroku, ”powietrze pachnie jak malinowa mamba”, jeszcze ostatni spręż, głowa do góry i truchcikiem przekraczamy ostatnią linię. 77, zespół 77! krzyczymy do obsługi rajdu, ktoś mi ściska dłonie, ktoś wiesza na szyi jakiś gliniany krążek, ktoś gratuluje, ktoś tam robi foty telefonem i aparatem… Czyli to już. Już po wszystkim. Koniec.

PICT0372

18:28. Ustrzyki Górne. 15 godzin i 4 minuty Biegu Rzeźnika za nami.

A teraz zmęczenie. Każdy dług musi kiedyś być spłacony. Organizm odgrywa się za 15 godzin nieprzerwanego wysiłku i napięcia. Następne kilka godzin to dreszcze, zimno, mdłości, dziwny półsen, okropny ból nóg, gorączka… Rany, ja chyba nie wyjdę z tego samochodu… Niech mi ktoś da coś przeciwzapalnego… Kąpać się… a jaka woda? Zimna? To spier… , ja się nie ruszam.

Dwa Ibuprofeny i pół godziny leżenia później – jedziemy do Latarni Wagabundy na zakończenie.

Na scenę wchodzą nadludzie, by odebrać swoje puchary – Speleo, Chłopcy z Desantu, Rytro Team i ósemka, która skończyła Rzeźnika w wersji hardcore. Jest też najszybsza kobieta – Anna z Byledobiec Anin. Oklaski, podziw i szacunek… Co tu dużo gadać, czapki z głów dla tych zawodników.

Chwila rozmowy ze znajomymi, poszukiwania swoich rzeczy pozostawionych na przepakach, krótki koncercik w rytmach reggae – rockowych (bardzo bardzo przyjemny!) i wracamy do naszej kwatery w Komańczy.

Jeszcze ostatnia wymiana wrażeń ze współ-rzeźnikami z pokoju (- w ile zrobiłaś? – 12,5 godziny, ale jestem poza klasyfikacją, bo partner się wycofał… – ile?? Ty DZIKA dziewczyno!), kąpiel, szybkie jedzenie i wreszcie, o północy, kamienny sen. Ten dzień trwał co najmniej 48 godzin…

Tak to w skrócie wyglądało.

Udało mi się zrobić coś, o czym marzyłem już od bardzo dawna, jestem niesamowicie zadowolony, impreza spełniła wszystkie oczekiwania, które w niej pokładałem a nawet je przerosła.  Rzeźnik to jest naprawdę fantastyczna sprawa i żadna relacja do końca tego nie odda, to po prostu trzeba przeżyć.

Na koniec szacunek i podziękowania, dla:

- Kuby, za to, że ból i kontuzja nie powstrzymały go od ukończenia biegu

- Marcina, Marcina i Radka – za ukończenie Biegu, za towarzystwo w drodze z i do Warszawy, za motywację i inspirację

- dla Rodziców Kuby, za gościnę i wsparcie na trasie (najlepszy team wspierający na świecie!)

- dla załóg, z którymi ścigaliśmy się na trasie – za wspólną walkę

- dla organizatorów i wolontariuszy Biegu Rzeźnika, za stworzenie fantastycznej, niezapomnianej imprezy,

- i wreszcie dla wszystkich Rzeźników, którzy na własnych nogach pokonali te 75 (a niektórzy 100) kilometrów. Nieważne czy w 9:14 czy w 15:59. Jesteście wielcy.

p.s. A za rok – na hardocre’a! ;-)

2009 – nowy sezon i nowe podejście do sprawy

Hm pierwszy wpis na blogu, od kiedy? Od mniej więcej roku… Świetny przykład konsekwencji i regularności, nie uważacie?

Mógłbym się tłumaczyć, jak to pochłonęły mnie inne hobby, zajęcia, treningi, praca zawodowa, nauka, ratowanie świata, praca nad lekarstwem na raka, itd., ale raczej tego nie zrobię. Po pierwsze, i tak nikt w to nie uwierzy (i słusznie :-P ) a po drugie, co to kogo obchodzi…

Zdecydowanie lepiej przejść do adremu :-) i napisać kilka słów o aktualnych moich planach treningowo – sportowo –wyjazdowych i co w związku z nimi.

Generalnie od czasu ostatniego wpisu na blogu starałem się kontynuować (dalej;-)) mój trening pseudo – crossfitowy, w czym odniosłem nawet niejakie sukcesy (3 muscle-up w serii, go me!). Do tego dorzucałem pewne ilości biegania (tzn. jak tylko zaleczyło mi się złamanie zmęczeniowe z wiosny 2008), roweru i szlachetnej sztuki bicia po mordzie pod czujnym okiem mojego niezastąpionego kolegi Marka P. . Wszystko szło pięknie, chociaż bez żadnego konkretnego planu, aż do zimy 2008, kiedy to ze zdwojoną siłą wróciła mi zajawka na zajęcie, które kiedyś tam dawno temu wciągnęło mnie w cały ten młyn sportowo – treningowo – outdoorowy. A jest to nic innego, niż wspinanie. Swego czasu (czyli w późnym liceum i na wczesno –  środkowych studiach) poświęcałem wspinaczce dosyć sporo czasu, były jakieś wyjazdy w skały, trenowanie na ściance po 2 – 3 razy w tygodniu itd. Jakichś spektakularnych efektów nie osiągnąłem, ale co wywspinałem to moje. Potem, głównie w związku z tzw. przetasowaniami życiowymi wspinaczka odeszła powoli na boczny tor, co doprowadziło w rezultacie do prawie trzyletniej przerwy (!).  Szczerze mówiąc, nadzieje na przerwanie tej przerwy ;-) miałem dość małe, bo do wspinania, bardziej nawet niż do wielu innych sportów, trzeba grupy zaangażowanych i do tego zaufanych osób. A tu życie płynie nieubłaganie i okazuje się, że moi dawni wspinaczkowi koledzy już się w to nie bawią, bo albo znaleźli sobie inne hobby, albo pochłania ich praca, rodzina itd. itp. (jakże typowe…). Na szczęście udało mi się (w sumie przypadkiem) spiknąć z człowiekiem, który mimo obowiązków „dorosłego życia” też ma zajawkę na wspinanie i co więcej, ma czas i ochotę żeby się kilka razy w tygodniu w to pobawić a nawet raz na jakiś czas wyrwać się w skały albo i jakie góry.

A zatem od grudnia zeszłego roku wspinam się znów regularnie (póki co ta regularność ogranicza się do dwóch-trzech treningów na tydzień jak dobrze pójdzie) i nawet coraz lepiej mi to idzie.

climb Krtiny

Więcej, pojawiła się szansa, że uda mi się zrealizować jeden z moich wielkich celów, który wlecze się za mną od zapadłych czasów licealnych, a mianowicie – pojechać na kurs wspinaczki wysokogórskiej (tzw. taternicki) i go ukończyc. Jesteśmy już zapisani u świetnego instruktora i wszystko wskazuje na to, że w pierwszej połowie sierpnia będę miał wreszcie okazję przekonać się jak to jest, kiedy się wdrapuje na kilkusetmetrową ścianę jakiegoś alpejskiego trzy- albo czterotysięcznika a potem trzeba z tej ściany założyć zjazd (z przesiadkami… OMG!) i bezpiecznie wylądować z powrotem u podstawy.

Nie żeby był to jedyny cel, który postawiłem sobie w tym sezonie… Otóż zawiadamiam, że w końcu, po dwóch latach nieudanych prób, w tym roku uda mi się wreszcie wystartować w owianym ponurą sławą Biegu Rzeźnika. Jesteśmy z kumplem już zapisani, wpisowe przelane (jak ktoś ciekawy, to figurujemy na liście jako team Hajdamaki) no i za trzy tygodnie będzie Rzeźnia ;-) .

Do tego dochodzą oczywiście „zwykłe” cele treningowe w stylu: utrzymać jako – taki poziom ogólnej siły i wytrzymałości (Crossfit), opanować kilka prostych sztuczek gimnastycznych (muscle-up na drążku już mi w miarę idzie a flagę mogę spokojnie trzymać z nogami do góry i pracuję nad opuszczaniem się do poziomu, póki co z nogami maksymalnie na boki).

Podsumowując, wychodzi mi niezły miszmasz różnych celów treningowych, które nie do końca są w zgodzie ze sobą… (такая судьба, co zrobić). Pytanie, jak pod to wszystko trenować?

Po pierwsze, nauczony doświadczeniem wiem, że robienie więcej niż 2-3 treningów biegowych na tydzień mi nie służy („…może nie jest Pan terminatorem”… dr Z. Czyrny po zdiagnozowaniu u mnie pęknięcia zmęczeniowego w prawej kości piszczelowej). To samo odnosi się do wspinania – więcej niż trzy sesje w tygodniu i stawy w palcach kategorycznie odmówią naprawy gwarancyjnej dalszej współpracy… Treningi crossfitowe może i dałoby się robić nawet 4-5 razy na tydzień, ale wtedy straciłbym jakiekolwiek przygotowanie specyficzne, które jest jednak nie do przecenienia przy trenowaniu pod konkretne zadania.

W związku ze wszystkim powyższym, należy zastosować lamerską zasadę złotego środka i przyjąć plan zrównoważony, który ogólnie wygląda tak, że w tygodniu mieszczą się:

  • Dwa treningi wspinaczkowe na ściance (bądź w skałach, jak Bóg da),
  • Dwa treningi biegowe (jeden intensywny z interwałami/podbiegami drugi długi, wytrzymałościowo/tempowy),
  • Dwa treningi ogólnorozwojowe „inna Crossfit stylee” (mogą być siłowo/gimnastyczne albo przeciwnie – wytrzymałościowe na zasadzie HIIT, plus elementy pro-wspinaczkowe, siła nóg pod Rzeźnika/góry itd. Wielką zaletą takich treningów jest to, że można je dostosowywać praktycznie pod wszystko),
  • Jeden dzień odpoczynkowy bez żadnego „konkretnego” trenowania

To jest oczywiście plan maksimum, który niekoniecznie i nie w każdym tygodniu może być i będzie realizowany, głównie z uwagi na pracę, inne zajęcia, nieprzewidziane przeszkody, siły wyższe itd.

Kiedy myślałem jak tu wyciągnąć z takiego treningu maksymalną korzyść dla każdej z moich trzech „dyscyplin” (hehe…) a przy tym zachować odpowiednią równowagę „anty-kontuzyjną”, przyszedł mi do głowy pomysł robienia czterotygodniowych mezocykli, w których w trzech pierwszych tygodniach nacisk padałby na jeden typ treningu (tzn. pierwszy tydzień – 3 x wspinanie, mniej innych, drugi tydzień – 3 x bieganie… itd.) a czwarty byłby „idealnie zrównoważony” i do tego odpoczynkowy (np. po 1 treningu z każdej dziedziny). W teorii wygląda to fajnie, tylko boję się, że może nie przetrwać konfrontacji z „prawdziwym życiem”, jak większość nadmiernie skomplikowanych planów.

Tak to wygląda w skrócie. Niestety nie zostaje mi już zbyt dużo czasu ani sił na poważne potraktowanie roweru ani na zgłębianie tajników obrony przed dostaniem po ryju (jak również dawania po ryju innym) ale, jak to mówią w Ameryce, всех не преебёш. Może po wakacjach, kiedy Rzeźnik i wspinanie w Alpach będą już za mną, przeredaguje trochę plan treningowy i położę nacisk na inne dyscypliny, niż teraz. Zobaczymy.

Jeżeli wena na blogowanie mi się utrzyma to będę raczył Szanownych Czytelników wpisami o treningach, moich celach i (braku) ich realizacji, różnych teoretycznych i praktycznych głupotach wygrzebanych w sieci, recenzjach nowości na rynku literatury tematycznej i co tam jeszcze mi przyjdzie do głowy. W międzyczasie polecam zapoznać się z moimi gościnnymi występami na blogu Quertiego – pk4, gdzie udzielam się w charakterze dyżurnego Fitmana.

Tyle na razie.

Pozdrawiam!

PaleoDieta dla sportowców – recenzja

Innymi słowy – wracamy do epoki lodowcowej.

Ostatnio pisałem trochę o żywieniowych i treningowych teoriach, odwołujących się do wiedzy o stylu życia ludzi z epoki paleolitu, tzw. jaskiniowców, zbieraczy-myśliwych, czy jak ich tam jeszcze nazwać. Postępy genetyki, biologii ewolucyjnej i paleontologii wskazują, że współcześni mogliby osiągnąć wiele, a w szczególności poprawić swoje zdrowie i sprawność, gdyby sięgnęli do przykładów naszych praprzodków.

Teorie te zataczają coraz szersze kręgi w krajach tzw. Zachodu, a do Polski (jak wszystkie innowacyjne prądy myślowe) docierają ze stosownym opóźnieniem. Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się zbyt szybko znaleźć w polskiej księgarni porządnej pozycji traktującej o paleo-teoriach w sposób nieco głębszy niż artykuł w kolorowym pisemku.. A tu zaskoczenie! Są jednak u nas jacyś mądrzy ludzie , tzw. early adopters, którzy nie jeszcze nie zwątpili i nie dali nogi za granicę. Kilku z nich założyło wydawnictwo BukRower i publikuje w Polsce innowacyjne, przełomowe książki dotyczące szeroko pojętych sportów wytrzymałościowych. Jedną z nich jest właśnie “PaleoDieta dla sportowców”, o której napiszę tu nieco więcej.

Książka napisana jest przez dwóch amerykańskich autorów – Lorena Cordaina (specjalistę-dietetyka z Colorado State University, twórcę i naczelnego zwolennika idei paleodiety) i Joe Friela, rowerzystę i triatlonistę, a przy tym uznanego trenera tych dyscyplin (nota bene autora “Biblii treningu kolarza górskiego”, też opublikowanej w PL przez BukRower). Po takiej dwójce można się spodziewać porządnego wykładu, zarówno do strony teoretyczno-dietetycznej jak i praktyczno-sportowej.

I faktycznie, książka podzielona jest na kilka części, poświęconych podstawom teoretycznym jak i zastosowaniu paleodiety w treningu sportowców wytrzymałościowych. Wszystkie one zasługują na krótkie omówienie, więc może po kolei:

Rozdział 1 – Dietetyczna rewolucja. Prezentacja “nowej fali” w nauce o żywieniu (diety niskowęglowodanowe/wysokotłuszczowe), wprowadzenie do paleodiety i szereg powodów, dla których taka sieta działa jak naturalny wspomagacz i z samej swojej natury może poprawić wyniki sportowe (dostarcza odpowiedniej ilości rozgałęzionych aminokwasów, reguluje kwasowość/zasadowość krwi i inne).

CZĘŚĆ I – Jak być zdrowym i osiągać najlepsze wyniki

Rozdział 2 – Etap I: Jedzenie przed treningiem. Co, jak, ile i kiedy powinno sie jeść i pić, by nie rozregulować organizmu przed startem i poprawić wyniki na trasie.

Rozdział 3 – Etap II: Jedzenie w czasie treningu. Co, jak, kiedy i ile jeść i pić w trakcie startów, podzielone według czasu trwania zawodów, od krótkich (poniżej 90 min) do ultradługich (24 godziny i więcej).

Rozdział 4 – Etap III, IV, V. Jedzenie po treningu. Co, jak, ile i kiedy jeść i pić żeby jak najszybciej dojść do pełnej formy po treningu/zawodach i przy okazji zachować dobre zdrowie. Szczegółowo podzielone z uwagi na odmienne zachowanie organizmu w czasie pierwszych 30 minut po treningu, następnych kilku-kilkunastu godzin (zależnie od długości wysiłku) i wreszcie – czasu między kolejnymi sesjami/startami.

CZĘŚĆ II – Dietetyka dla początkujących:podstawowe założenia

Rozdział 5 – Rola pożywienia jako paliwa w czasie treningu. Czym różnią się (z dietetycznego punktu widzenia) paleolityczny i współczesny sposób odżywiania i jak te różnice wpływają na zachowanie w czasie wysiłku i wyniki w sporcie. Jest to jakby rozwinięcie punktów nakreślonych w pierwszym rozdziale, ze szczególnym naciskiem na ich znaczenie dla sportowców.

Rozdział 6 – Nie tylko jedzenie. Tutaj mowa o substancjach, które nie spełniają funkcji odżywczych per se,
ale mogą mieć wpływ na wyniki treningu, czyli inaczej mówiąc – o wspomagaczach. Autorzy z lekceważeniem wypowiadają sie o większości suplementów dostępnych na rynku, ale polecają substancje takie jak przeciwutleniacze, kwasy tłuszczowe Omega-3 i kofeina (kawa, moja wspaniała kawa… ;-) ).

Rozdział 7 – Przetrenowanie a dieta. Czyli skąd się bierze zjawisko zmęczenia, czym się różni chwilowe zmęczenie od długoterminowego przetrenowania i jak ułożyć dietę by zminimalizować ryzyko “zajechania się na śmierć’

CZĘŚĆ III – Jaskiniowe dziedzictwo (czyli paleo-propaganda;-))

Rozdział 8 – Jeść jak jaskiniowcy – dlaczego? Czyli o tym, jak biologia ewolucyjna pozwala ułożyć dla każdego gatunku optymalny sposób odżywiania a także skąd niby wiadomo, co nasi paleo-przodkowie właściwie jedli.

Rozdział 9 – PaleoDieta w XXI wieku. Autorzy zwracają uwagę na różnice między paleolitem i współczesnością, z których wynika potrzeba zmodyfikowania “oryginalnego” jadłospisu jaskiniowców tak, by dostosować go do potrzeb (i delikatnych żołądków) ludzi XXI wieku. Następnie dowiadujemy się czego należy jeśc więcej, a co wyrzucić z lodówki, żeby zbliżyć się do modelu paleo.

Rozdział 10 – Paleolityczny sportowiec – mistrz wszechstronnego treningu. Czyli o tym, jak żyli nasi jaskiniowi przodkowie i jak wyglądał ich “trening” a także o tym, że podstawowe założenia takiego stylu życia znajdują bezpośrednie przełożenie na poprawę wyników we współczesnym sporcie, głównie przez wprowadzanie większej różnorodności, treningów przekrojowych, siłowych, zróżnicowanych intensywności itp.

CZĘŚĆ IV – Praktyczne zastosowanie

Rozdział 11 – Plan treningu. Dokładny (nareszcie!) opis produktów, które powinny znaleźć się w codziennej diecie paleo-sportowca, z podziałem na mięsa, ryby, tłuszcze, owcoe, warzywa itd. Plus kilka wskazówek dotyczących zakupów, jedzenia w podróży i innych.

Rozdział 12 – Paleoprzepisy. Mniam… 44 strony przepisów na ryby, mięsa, sałatki, zupy, sosy, desery, danai regeneracyjne i inne. Najbardziej wybredny jaskiniowiec byłby zachwycony:-).

Co o tym sądzić?

Hmm, chyba nikt się nie zdziwi, kiedy powiem, że cała ta koncepcja “jaskiniowej” diety i treningu mocno do mnie przemawia i uważam, że jest w tym więcej sensu, niż się może zdawać. Czy polecałbym ją jako receptę na sportowe sukcesy i długie, zdrowe życie? Ciężko powiedzieć… Nie ma o ile mi wiadomo bezpośrednich, długotrwałych badań laboratoryjnych potwierdzających przewagi takiego sposobu odżywiania nad innymi (chociaż są wyniki pośrednie i cząstkowe). Przekonanie szerokich rzesz sportowców (zawodowych i amatorów) do przejścia na paleo nie będzie też rzeczą prostą, jako że stoi ona w jaskrawej sprzeczności z wieloma zasadami uważanymi do tej pory za święte, zwłaszcza w sportach wytrzymałościowych (hehe, już słyszę te krzyki – jak to?? żadnego chleba ani makaronu? tylko 40% węglowodanów?? świętokradztwo!!). Osobiście wcale mi to nie przeszkadza, bo uważam idee kontrowersyjne za dużo bardziej wartościowe niż mainstream (a na pewno bardziej zabawne). Jedyne co mogę zrobić, to potraktować siebie jako obiekt doświadczalny i sprawdzić, jak też założenia paleodiety wpłyną na moje wyniki sportowe (hehe…) a także – co może i ważniejsze – na ogólny stan zdrowia i sprawności.

Od jakiegoś czasu podejmowałem zresztą próby takiego eksperymentu, ale muszę szczerze (i z przykrością) stwierdzić, że przejście na dietę choćby zbliżoną do tej proponowanej przez Cordaina i Friela nie jest proste i wymaga pokonania całego szeregu przeszkód – psychologicznych (przyzwyczajenie do niektórych pokarmów), finansowych (jak to jest, że najgorsze g*wno jest zarazem najtańsze i najłatwiej dostępne?) a także społecznych – w końcu je się często z innymi no i trzeba się liczyć z wpływem domowników na zaopatrzenie lodówki i spiżarni… Nie każdy jest skłonny jeść mięso z warzywami 5 razy dziennie:-D.

Ale – tak czy inaczej – książka jest na pewno godna uwagi i polecam lekturę każdemu, kto ma ochotę dowiedzieć się nieco więcej na temat odżywiania i jego wpływu na trening.

Howgh

p.s. oświadczam, że nie mam nic wspólnego z wydawnictwem BukRower i za powyższą recenzję nie wziąłem od nikogo żadnego wynagrodzenia, w formie pieniężnej ani żadnej innej.

Dziennik treningowy – 9 IV 2008

rodzaj: gimnastyka siłowa/siła maksymalna

schemat: 5 serii: zarzut & podrzut hantlem (jak tutaj, tylko że jednym), po 3 powtórzenia na każdą rękę; odpoczynki 3 – 3.5 minuty

wrażenia: hmm, nieźle! W kolejnych seriach: 25, 27, 30, 28, 27 kilo. Tylko przy 30 były kłopoty z wyłapywaniem w przysiadzie – ręka się jakoś tak odginała na zewnątrz:-). Ale dało radę utrzymać.

Harpagan – po co to komu?

No właśnie, co właściwie ciągnie ludzi na Harpagany i inne tego rodzaju imprezy? Sławy z tego nie ma, nawet jeżeli sie pobije rekord Polski to i tak pies z kulawą nogą o tym nie wspomni a 99,9 % populacji nie ma pojęcia o co chodzi (a gdyby mieli, to pewnie by z politowaniem wzruszyli ramionami). Pieniędzy też się na tym żadnych nie zrobi bo poziom zainteresowania jest tak niski, że nawet wioskowy sklep z mięsem niczego nie zasponsoruje, nie mówiąc już o większych firmach.

Tak sobie rozmyślałem siedząc ostatnio w domu i kurując kontuzjowaną po półmaratonie nogę (bo w końcu do Harpa tylko 9 dni!) i przyszło mi do głowy kilka powodów, dla których normalni z pozoru ludzie wybierają się ganiać przez 24 godziny po lesie.

  • Powód statusowo – hierarchiczny. Istnieją wśród ludzi działania “niejawne”, które jednak zajmują im wiele czasu i energii. Jednym z nich, jeżeli nie najważniejszym, jest konkurencja o pozycję w tzw. stadzie i próby poprawy swojego statusu w zestawieniu z innymi. Przyczyny tego są oczywiście czysto ewolucyjne i sprowadzają się do lepszego dostępu do zasobów (materialnych i nie) i partnerów jaki wiąże się z wyższym statusem. W naszym “cywilizowanym” społeczeństwie przyjęło się mierzyć miejsce w hierarchii takimi wskaźnikami jak wykształcenie, dochody, sława, pozycja społeczna. Wszystko to bardzo piękne, ale nie zapominajmy, że przed tysiącami lat najważniejsze były raczej  siła i odporność fizyczna, dobre zdrowie i kondycja, odwaga, inteligencja i upór. Osobnik, który wykazał się tymi cechami i jeszcze udowodnił, że potrafi bez szwanku wyjść z trudnych/niebezpiecznych sytuacji poprawiał w sposób znaczny swoje szanse na zwycięstwo w wyścigu ewolucyjnym. Sądzę, że nawet i w naszych czasach te lekcje nie poszły w niepamięć. Być może w sposób nieświadomy, ale w dalszym ciągu cenimy sobie osoby sprawne, silne, konsekwentne, potrafiące stawiać czoła wyzwaniom. A takim jest bez wątpienia np. rajd w rodzaju Harpagana. Być może więc ci, którzy stają na starcie tej i innych “ekstremalnych” imprez chcą po prostu (podświadomie) pokazać światu swoją siłę, sprawności i odporność?
  • Powód “narcystyczny”. Innymi słowy – a co to nie ja! Nie da się ukryć, Harpagan i inne podobne zabawy to nie jest bułka z masłem. Ukończenie takiego rajdu wymaga mocnej psychy, dobrej kondycji, odporności na ból, zmęczenie i brak snu, żelaznej konsekwencji i porządnej nawigacji. Nie mówiąc już o łamaniu konkretnych czasów, wykręcaniu rekordów itd. Co więcej – to nawet nie jest przyjemne! Każdy, kto miał okazję znaleźć się w środku lasu, nad ranem, w deszczu, przemarznięty, głodny, po 30 godzinach bez snu, z odparzonymi stopami i ze świadomością, że nie ma pojęcia gdzie jest a do końca rajdu jeszcze 20 kilosów i trzeba zaliczyć trzy punkty kontrolne po drodze, może potwierdzić, że nic miłego w tym doświadczeniu nie ma! A jednak z roku na rok na rajdy zgłasza się więcej i więcej ludzi, a niektórzy – o dziwo – robią to nawet po kilka razy z rzędu! Masochiści jacyś czy co? Żeby z własnej woli wystawiać się na podobne katusze i to bez nadziei na jakąkolwiek konkretną nagrodę? Powoli – jak wiadomo, jedną z najważniejszych potrzeb psychologicznych człowieka jest potrzeba posiadania dobrego mniemania o sobie czy też tzw. samorealizacji. Tę potrzebę zaspokaja się przez różnego rodzaju osiągnięcia i wyczyny a także używanie i rozwijanie do maksimum posiadanych zdolności i umiejętności. I tu cały klucz do zagadki rajdów (czy może jeden z kluczy). O ile większość ludzi realizuje te potrzeby przez osiągnięcia “zwykłe” – szkolne, zawodowe itd. (a część, niestety, w ogóle ich nie realizuje) o tyle niektórym potrzeba wyzwań nieco bardziej “ekstremalnych”, pojmowanych w myśl zasady – im gorzej, tym lepiej. Przecież wiadomo, że nikt na rajdy nie jeździ dla przyjemności, prawda;-)? Rzeczy łatwe i przyjemne są niewarte zachodu i nie stanowią żadnych tak naprawdę osiągnięć! W końcu to nie sztuka zabić kruka albo sowę trafić w głowę… Ale ukończyć 100-kilometrowy rajd na orientację ( a jeszcze w deszczu, mrozie i po ciemku, hmmm…) – to jest coś! Nawet jeżeli nie ma z tego kasy ani zaproszeń do tokszołów, to sama świadomość, że byłem w stanie stawić czoła wyzwaniu wystarcza, żeby poprawić mniemanie o sobie i podnieść poziom “samorealizacji” – a to jest być może ważniejsze niż wszystkie pieniądze i nagrody świata…
  • Powód “powrót do przeszłości”. Podobno natura ciągnie wilqa do lasu, prawda? Zdaje mi się, że ta odwieczna prawda ma zastosowanie też w przypadku Naczelnych, włącznie z ludźmi. Nawiązuję tu oczywiście do mojego ostatniego konika, czyli szeroko pojętej “paleo-logii” – opartej na założeniu, że współcześni ludzie dużo bardziej przypominają naszych jaskiniowych/paleolitycznych przodków niż sie to na pozór wydaje. Każdy gatunek wyewoluował w jakichś warunkach i do tychże jest najlepiej przyzwyczajony. Co za tym idzie w tych warunkach będzie szczęśliwy, a w innych – zdołowany. Vide dzikie zwierzęta trzymane w ZOO itd.. Jak pokazują badania archeologiczne i antropologiczne, gatunek ludzki w stanie pierwotnym (tzn. przed rewolucją rolniczą) egzystował (przez dziesiątki tysięcy lat) na poziomie plemion zbieracko – łowieckich. Takie plemię żyło w sposób nomadyczny, przemieszczając się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu jedzenia, wody itd. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że większość życia upływała tym ludziom w sposób niewiele różniący się od takiego np. rajdu Harpagana! Innymi słowy – całymi dniami zasuwali po lesie tropiąc zwierzynę lub rozglądając się za grzybami czy innym jadalnym zielskiem. A potem jeszcze musieli te łupy zanieść na własnym grzbiecie do obozowiska, nie zgubić sie po drodze (orientacja!), nie dać się ograbić konkurencyjnemu plemieniu ani lokalnym drapieżnikom itd. I tak przez setki pokoleń i tysiące lat. Jak wiadomo, w ewolucji wygrywa najlepiej przystosowany, co znaczy, że po jakimś czasie przy życiu pozostali (i wydali na świat potomstwo) tylko ci, którzy w takim tropieniu/zbieraniu/nawigowaniu byli najlepsi i najefektywniejsi. A my wszyscy, jak tu żyjemy, jesteśmy tych prehistorycznych napieraczy potomkami. Z tym, że nie mamy już gdzie ani po co napierać. Dla większości ludzi największy las to lokalny park miejski a po jedzenie wystarczy wyjść do osiedlowego sklepu (pamiętacie co napisałem o zwierzętach trzymanych w sztucznych warunkach?). Niby znakomita sytuacja, co? Nie trzeba się męczyć, narażać życia, wszystko mamy podane na tacy. A jednak wiele osób z własnej woli wybiera się na wariackie, bezcelowe wyrypy na 100 km, rajdy przygodowe, trekkingi w zapomnianych przez Boga i ludzi górach itp. Dziwni jacyś, nie? A właśnie, że niekoniecznie. Powiedziałbym nawet, że najzupełniej normalni! Po prostu, są ludzie, którzy nie czują się do końca dobrze w sztucznym, cywilizowanym swiecie, który sami sobie wybudowaliśmy i raz na jakiś czas odzywa się w nich “zew krwi” – jakiś nie do końca sprecyzowany głos, który sprawia, że na kilka dni opuszczają ciepłe mieszkania z bieżącą wodą i ogrzewaniem po to, żeby w deszczu, wietrze i egipskich ciemnościach ganiać z mapami po lesie. I być może wtedy mogą poczuć się przez chwilę jak ich pra-pra-pra(…)dziadkowie 30 tys. lat temu, czyli – jak prawdziwi ludzie. Nie będę tu wpuszczał się w rozważania czy istnieje coś takiego jak pamięć gatunkowa/genetyczna, ale myślę, że większość z nas, na jakimś pierwotnym, instynktownym poziomie czułaby się dobrze, mogąc na jakiś czas wyrwać się ze sztucznego świata, który otacza nas na co dzień i poczuć się jak pradawni napieracze, od których się wywodzimy;-).

No i tak by to wyglądało. Wymaga to wszystko dwóch niewielkich sprostowań/uściśleń. Po pierwsze, wymienione powyżej mechanizmy są w przeważającej większości (może oprócz drugiego) podświadome i pewnie większość ludzi nie zdaje sobie z ich działania sprawy, chyba że są na wysokim poziomie rozwoju duchowego i opanowali sztukę introspekcji… Ja na przykład nie byłbym w stanie dokładnie określić, co mnie tak naprawdę goni do udziału w Harpaganach itp. Po drugie zaś, żaden z tych powodów nie wyklucza w jakikolwiek sposób pozostałych i motywacja u większości zawodników jest jakąś mieszanką wszystkich trzech albo i jeszcze innych, które mi nawet nie przyszły do głowy.

W każdym razie, do najbliższego Harpagana pozostało już tylko 9 dni! Kto się wybiera?

3. Półmaraton Warszawski – a miało być tak pięknie…

…miało nie wiać w oczy nam.

Ale przede wszystkim miały mnie nie boleć piszczele!!

Wszystko w plecy – tyle planowania, treningów, precyzyjnie rozpisanych interwałów, BNP i innych cudów. Tyle nadziei, oczekiwań, wizualizacji, nerwów przed startem (myślałby kto, że lecę na rekord Wszechświata…;-)) poszło w piach po pierwszych czterech kilometrach półmaratonu.

Z początku wydawało się, że wszystko OK. Start bliżej końca stawki, dobrym, spokojnym tempem. Potem lekkie przyspieszenie, żeby dogonić zająca na 1:45. Na Marszałkowskiej długa, szeroka prosta – można zacząć przesmykiwać się do przodu, podczepiając się pod plecy kolejnych biegaczy przede mną. Nie jest źle, oddech w porządku, tętno też, no to śmigamy. Królewska – zaczyna się lekki ból prawej piszczeli, dobra, nic strasznego, na treningach też było i znikało. A tu nie znika. Wręcz przeciwnie, nasila się z każdym krokiem. Zaczynają się wątpliwości, co do k*rwy nędzy… No ale nic, może sie rozbiega. Nic z tego. Na wysokości Zachęty prawa noga odmawia posłuszeństwa, zaczyna się kuśtykanie, ból jest już całkiem poważny. Męska decyzja – nie ma co kozaczyć, trzeba odpuścić. Jeszcze tylko przybić piątkę z kumplem, który leciał kilkanaście metrów za mną. Plac Piłsudskiego – nieuchronny wycof. Peleton przelatuje mimo a ja, kulejąc i sycząc nieco przy każdym kroku wlokę się nad Wisłę, pokibicować tym, którzy dane mają szczęście biec dalej…

No i tak to z grubsza wyglądało. Najwyraźniej przesadziłem z obciążeniami treningowymi i (po raz kolejny) rozwaliłem sobie piszczele. Ewidentnie prześladuje mnie jedna z najpopularniejszych wśród biegaczy kontuzji, tzw. shin splints, która objawia się stanami zapalnymi, bólem i fizycznym uszkodzeniami mięśni i ścięgien w przedniej części piszczeli.

Co gorsza, o ile przedtem zawsze był to ból znośny, który ustępował po jakimś czasie, o tyle teraz (na dzień po biegu) noga cały czas jest niesprawna no i boli tylko nieco mniej niż wczoraj…

Ale nie ma tego złego – po pierwsze, będę wiedział czego NIE robić na przyszłych treningach. Po drugie – może wreszcie zmobilizuje mnie to do poważnego zajęcia się ta nieszczęsna kontuzją. Mam już za sobą prześwietlenie, w planach kilka innych badań i wizyta u sportowego lekarza. Liczę na jakieś konkretne porady, które pozwolą nie tylko zaleczyć to draństwo ale wyeliminować je raz na zawsze…

A przy okazji – wielkie podziękowania i BIG UP dla wszystkich, którzy przyczynili się, przyłożyli rękę, wzięli udział, organizowali, kibicowali, pomagali i mieli swój wkład w organizację półmaratonu. Impreza naprawdę klasa, świetna atmosfera, super nastrój na starcie na trasie no i doskonała pogoda;-). I szacunek dla wszystkich którzy wystartowali i przebiegli te 21 km.

Za rok widzimy się na następnym Półmaratonie w Warszawie. Tylko tym razem łamiemy 1:30:-D. A co!

Dziennik treningowy – 22 III 2008

rodzaj: gimnastyka siłowa/wytrzymałość aerobowa i anaerobowa (metabolic conditioning)

schemat: układ 5 x martwy ciąg + 5 x zarzut siłowy z wysokości kolan + 5 x przysiad + 5 x podrzutowyciskanie; dwa hantle po 17 k; założenie było, żeby zrobić tyle takich układów ile się da w 20 minut.

Dla niezaznajomionych z takimi układami (complexes) – rzecz polega na tym, że robi się w jednej serii po kilka powtórzeń różnych ćwiczeń, które mogą płynnie przechodzić jedno w drugie. W tym przypadku po 5 martwych ciągach następowało płynne przejście do zarzutów itd.

wrażenia: wyszło mi 11 rundek, z czego jestem całkiem zadowolony, bo zachowawczo celowałem na 10. Oczywiście tętno i oddech bardzo przyspieszone przez cały czas i jeszcze długo po treningu, mimo że to “tylko” 20 minut…

Najsłabszy punkt – ramiona i “kaptury”, czyli generalnie góra. Niby te ciężarki nie takie ciężkie, ale przy tylu powtórzeniach zaczyna się to kumulować, szczególnie przy wyłapywaniu zarzutów no i podrzutowyciskaniu.

Dziennik treningowy – 21 III 2008

rodzaj: bieganie/bieg z narastającą prędkością (BNP)

schemat:  w planach było zrobić 2 x 6 km, każde kolejne dwa w szybszym tempie… W praktyce wyszło 3 x 4, z każdym kolejnym (teoretycznie…) przebiegniętym szybciej, od lajtowego tempa ok. 5:15 do nieco szybszego niż założone startowe – 4:35 – 4:40.

wrażenia: Zdaje się, że jak zwykle mierzyłem siły na zamiary i rzeczywistość dość szybko sprowadziła mnie na ziemię… Po trzech pierwszych pętelkach stało się jasne, że nie pociągnę zaplanowanego schematu 2 x 6, więc zmieniłem na 3 x 4, co daje więcej przerw odpoczynkowych. W praktyce wyszło to następująco:

I runda: 5:15, 5:15, 4:36, 4:45

II runda: 5:08, 4:56, 4:37, /kilkanaście sekund przerwy/, 4:49

III runda: 5:31, 5:13, 4:56, 4:40

Kolejny raz wyłazi nieumiejętność trzymania założonej prędkości! Po raz n-ty udało mi się spalić trening biegnąc pierwsze okrążenia za szybko. Oczywiście potem nie ma już siły na przyspieszanie i cały misterny plan idzie w diabły. No, ale może tu potrzeba więcej wprawy, żeby nauczyć się wyczuwać te 15-sekundowe różnice tempa… Albo po prostu kupić sobie GPS-a:-).

Tak czy siak, z 12 przebiegniętych kilometrów 6 było w okolicach zakładanego tempa startowego albo szybciej, więc chyba nie była to kompletna marnacja czasu. Ale nie zamierzam robić takich treningów zbyt często, jeszcze dwie godziny po powrocie do domu czułem się wypluty… O piszczelach już nie wspomnę.

Dziennik treningowy – 20 III 2008

rodzaj: gimnastyka siłowa/wytrzymałość

schemat: 3 drabinki 1-6 z: podciągania i “indyjskich” pompek; na czas, tzn. z minimalnymi odpoczynkami

wrażenia: w sumie daje to 63 pompki i podciągnięcia na cały trening, wykonane w czasie 13:59. Widać było wyraźną różnicę w poziomie trudności obu ćwiczeń, o ile pompki szły mi generalnie bez trudu, o tyle serie podciągnięć musiałem w drugiej i trzeciej drabince przerywać kilkusekundowymi odpoczynkami na strzepnięcie ramion… Tak czy siak, 63 podciągnięcia w jednym treningu to więcej niż udało mi sie zrobić od dłuższego czasu, więc nie narzekam.

Poza tym plan treningowy realizuje się bez przeszkód. Od ostatniego wpisu zrobiłem wszystkie założone sesje biegowe pod półmaraton (interwały,BNP, długi bieg) i zaczynam się przyzwyczajać do założonego tempa startowego (4:45). Czuję wyraźną poprawę formy, ale boję się że z utrzymaniem takiej szybkości przez 21km może być problem. No cóż, zobaczymy w praniu. Pociesza mnie, że podobno na trasie półmaratonu mają biec “zające” (pacemakerzy), w tym taki na 1:45, więc będzie się kogo trzymać. W każdym razie do startu zostało jeszcze półtora tygodnia, przede mną dwa (najcięższe) treningi – 12 km BNP i dwugodzinny długi bieg a potem tylko regeneracja i ładowanie akumulatorów.
Jedno, co mnie wkurza to fakt, że znowu dają mi się we znaki piszczele, czyli niesławne tzw. shin splints. ja chyba jednak nie jestem stworzony do biegania bardziej intensywnego niż dwa razy na tydzień…

Dziennik treningowy – 8 III 2008

rodzaj: gimnastyka siłowa/CrossFit

schemat: 5 x (12 burpees + 12 wymachów hantlem 18 kg); na czas

wrażenia: 8 minut 46 sekund! Wow, przed startem myślałem, że będzie dobrze jak zejdę poniżej 10 minut a tu proszę! Chyba zaczynam wychodzić z brukselskiego doła…